środa, 20 kwietnia 2016



Kwestia życiowa

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, co powiem mojej pani doktor, gdy w maju zaproponuje powrót na chemię...
To nie jest takie proste.


Jak wygląda chemia wiedzą tylko ci, którzy ją przeżyli.
Sama nie zdawałam sobie sprawy z jej skutków ubocznych, dopóki nie zaczęły znikać.
Chroniczne bóle kości, kręgosłup który chciał złamać się w pół, kondycja morsa na lądzie po dwóch miesiącach głodówki, płonące żyły, krew niby płynna lawa. I ból. Ten cholerny ból wątroby, żołądka, trzustki, płuc, serca, zębów. Bolało wszystko. Myślałam, że to skurwiel tak boli.
Myśli nieskładnie obijały się o ściany czaszki, zupełnie nie dając się połapać.

Minęło niemal pół roku bez chemii. Jedyne, co mnie czasem boli to wątroba, gdy zaszaleję z alkoholem, bądź niezdrowym żarciem. Okazuje się, że przerzuty na kościach są zupełnie nieodczuwalne. Jestem w stanie stać nawet i z godzinę i nawet nie kręci mi się w głowie. Myśli powoli dają się łapać, tylko czasami zapominam.
No dobra, zapominam bardzo często i gdyby nie notatnik w komórce to nie byłabym w stanie nawet zakupów zrobić. Zapominam, że miałam oddzwonić, że miałam zadzwonić, że ktoś napisał smsa, albo na fb czekają wiadomości do odpisania. Zdarzyło się nawet tak, że zapomniałam zapłacić za gaz (chociaż w notatniku jak byk widniało, że zapłaciłam).
Ale to jest nic.
Patrzę na światło i nie mrużę oczu, oddycham ciepłym powietrzem i się nie duszę, nie mdleję pod prysznicem...

I... czy ja chcę wracać do stadium roślinki? Czy jest w tym jakikolwiek sens?
Znam, a raczej znałam, masę ludzi, którzy żyli długo z rakiem przyczajonym gdzieś w trzewiach, ludzi, którzy nie poznali smaku chemioterapii czy naświetlań.
Znam też, a raczej znałam, ludzi których leczenie wykończyło. Nie umierali na raka, umierali na powikłania po chemii. Pani Ala, pani Marysia, Beatka, Justynka... Wykończyły je powikłania.

Tu pojawia się absurd. Cieszę się, że skurwysyn dopadł mnie na etapie, gdy byłam silna. Że się nie dałam. Że leczenie mnie nie zniszczyło.

Czy jest sens w kurczowym trzymaniu się schematów postępowania?
Lepiej żyć dłużej, ale tego nie czuć, czy lepiej żyć krócej, ale za to na pełnym wypasie?

Póki co zagryzam wątpliwości kiwi i truskawkami. Wierzę, że cholerna teoria o tym, że rak nie przetrwa w alkalicznym ciele, okaże się prawdą.
Póki co - działa :)

Idę na zakupy.
Sama, z plecakiem, listą i garścią drobniaków.
Uśmiechnę się do zachodzącego słońca.
Będę udawać zdrową. I nawet nikt nie skapnie się, że obok stoi wylęgarnia skurwysynów.

PS. Pewnie zauważyliście, że na blogu pojawiły się reklamy. Nie gniewajcie się. Płacą mi za to.
Póki co wyszło 8zł za miesiąc, ale... to zawsze dwa kalafiorki ;)