środa, 2 marca 2016



Wakacje, urlop, przerwa, siubidubidu... ;)

No i odebrane wyniki TK, odbębniona wizyta u onkologa.

Alieniszcze schowało się w swoją skorupkę i siedzi cicho. Mimo trzech miesięcy bez chemii nie podziało się ze mną nic nieszczęśliwego, nastąpiła stagnacja. Jedynie markery nowotworowe spokojniutko spadają sobie w dół. Co jest ewenementem na skalę światową ;)

Jest dobrze. Fajnie. No dobra...
Liczyłam na fajerwerki w postaci "Jest pani zdrowa!". Nie nastąpiły.
Dalej wiodę swój żywot z tykającą bombą zegarową w bebechach.

Moja Pani Doktor to bardzo rozsądny człek. Nie pcha pacjenta w leczenie na siłę.
Skoro stabilizacja utrzymuje się bez chemii, to po co ją dawać, skoro ona też dawała tylko stabilizację?
Zatem...


:D

Przeniesiono mnie z Oddziału Onkologicznego do Poradni Onkologicznej.
Koniec przyjeżdżania do Katowic na 7:00 i czekania na przyjęcie do 13.
Kolejną wizytę mam 11 maja o 10:30. I mam się stawić na 10;30 ;P

Troszkę mi smutno, że jeszcze alien dycha.
Ale...
Jak dobrze, że póki co jestem bezchemiczna!

Bo jak dziad znów się obudzi to zaczynamy poprawkę z rozrywki - gemzar zatańczy z cisplatyną.
Oby to nie miało miejsca ;)

Kurcze.
Czyżby rak serio stał się chorobą przewlekłą, a nie śmiertelną?