poniedziałek, 22 lutego 2016



Spektakl "Chemobrain: Przebudzenie"

Nie wiem, czy wiecie czym jest chemobrain.
Odsyłam tutaj.
Tyle o teorii. A w praktyce?


Wyobraźcie sobie, że zostaliście zamknięci w wielkiej bańce.
Słyszycie głosy, czujecie zapach i smak, widzicie, co się dzieje dookoła. Ale wszystko jest wytłumione. Pozbawione wyraźnych konturów. Zupełnie bez wyrazu.
Do tego macie nieodparte wrażenie, że poza bańką świat nie idzie. Czas nie płynie.
Rzeczywistość... ona zapierdala.
Każdy jeden dzień dłuży się w nieskończoność, a za razem upływa w mgnieniu oka. Gubicie poczucie czasu i przestrzeni, świat realny miesza się z krainą snów.
Umysł traci na ostrości. Zapominacie połowy swojego słownika. Nawet imiona znajomych stają się dziwnie nieosiągalne. Komunikujecie się ze światem za pomocą najprostszych zdań pojedynczo złożonych. W rozmowach zwykle gubicie się po jednym zdaniu. Nie trzymacie tematu. Skaczecie po wątkach. Zapytani o zdanie nagle stwierdzacie, że takiego nie posiadacie i, w sumie, macie to w dupie. Gdy jednak postanawiacie posiadać swoje stanowisko to, zanim znajdziecie odpowiedni wyraz, nastaje kolejny dzień. Tudzież tydzień. Planujecie zadzwonić, żeby kontynuować dyskusję, ale zanim sięgniecie po telefon już zapominacie, po co właściwie był on potrzebny.
Koncentracja uwagi praktycznie nie istnieje. Jesteście jak dzieci. Dwie minuty skupienia na jednej czynności to piekło. Wystarczy poluźnić nieco więzy umysłu, a już dryfujecie po Oceanie Spokojnym.
Nie pamiętacie dnia wczorajszego. Nie wiecie, która może być godzina, jaki dzień miesiąca czy tygodnia mamy. Za to doskonale orientujecie się we wspomnieniach sprzed leczenia. Ba! Przypominacie sobie czasy niemowlęce (btw. w pieluchach strasznie niewygodnie się spało).

Następuje koniec leczenia.
Kolejny tydzień bez chemii.
Miesiąc. Dwa.
Aż nagle, jakby obuchem, dostajecie nagle te wszystkie informacje, które do was nie docierały przez ostatnie półtora roku. I całą pozostałą wiedzę, która czekała w czeluściach umysłu tylko po to, aby zaatakować cię w najmniej spodziewanym momencie.

Jestem w tym właśnie momencie.
Przypomniałam sobie swój ulubiony wyraz (aberracja!) i go nadużywam.
Odkopałam we łbie zasady reakcji chemicznych, wzór na pole trójkąta i trapezu, zasadę Pitagorasa.
I wiem (znowu!), że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku, a Mieszko tak na prawdę nie był królem.
Bez problemu rozumiem angielskie piosenki i filmy.
I pamiętam wiersz, który mówiłam w podstawówce na rocznicy szkoły.
Budyń. Przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak budyń, I kisiel.
No i znowuż znam na pamięć numer telefonu do Mamy i Kawalera. I trzech poprzednich "panów" (bliżej im chyba do "chamów").
I gubię się w nadmiarze informacji.
Czuję się jak ten biedny człowieczek w filmie "Jestem bogiem". Zauważam wszystko. Kątem oka wyłapuję najmniejszy ruch, skarpetki Kawalera z kosza na brudy czuję nawet w kuchni. I wszystko, co jem jest za słodkie. Wszystko.

Mięśnie powoli odzyskują dawną sprężystość. Umiem już dotknąć palców u stóp, gdy stoję. I sama zawiązuję buty.

Nie dam się więcej zchemić. Nie dam.
Nie chcę być martwa za życia.
Już chyba wolałabym umrzeć.

Z nowych informacji. A w sumie to ze starych, tylko nieco przykurzonych:
od stycznia nie czuję wątroby ani kręgosłupa.
Chyba powoli zapominam, jak smakuje ból... :)