sobota, 20 lutego 2016



Psychopatka wita ponownie.

Jestem człowiekiem spokojnym. Elokwentnym. Inteligentnym. Ugodowym. I uprzejmym.
Powtarza bezgłośnie głos rozsądku w mojej głowie za każdym razem, gdy nieszczęśliwie w sobotę wyląduję w przyciasnawym markecie.
Zostawiam wózek gdzieś pod ścianą i modlę się, żeby w miarę sprawnie udało mi się przecisnąć do pieczarek, wody mineralnej i mleka. O mięsie czy serze nawet nie marzę, bo kolejka sięga aż do Hong Kongu.
Nożesz!

Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kwiatem lotosu. Nic nie zburzy mojego zajebistego spokoju ducha. Wdech, wydech. Zen, KURWA, zeeen! Raz, dwa, trzy...
Ludzie zachowują się jak małpy w zoo. Niektórzy jak goryle. Jeszcze inni jak nadepnięte żmije.
Śpieszą się i gonią. Albo człapią metr na pięć minut i tworzą korki.
Parkują wózki na środku alejki.
Wędrują w parach całą szerokością przejść między półkami. Albo udają niewidzialnych i stają centralnie przede mną, gdy gdybam, czy lepszy będzie sok malinowy czy czarna porzeczka.

...cztery, pięć, sześć, siedem...
Od dziecka w sytuacjach stresogennych mam dziwny sen na jawie. W mojej głowie ktoś cicho powtarza "Lucyna, Lucyna, Lucyna!". Coraz głośniej i głośniej. Wiem, że jak zacznie krzyczeć mi do ucha to stanie się coś złego. Coś bardzo złego. Jeszcze nie wiem co, bo nigdy do tego nie doszło. Ale upierdliwy głosik narasta.
LUCYNA! LUCYNA! LUCYNA!

 ...osiem, DZIEWIĘĆ, DZIESIĘĆ! Szukam!
Aż jeden człek niepełnosprytny i zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje w mojej głowie (i że ten uśmiech na ustach to wcale nie uprzejmość, a ukryta żądza krwi) otwiera klatkę. I wyskakuje z niej...
Chimera.
Bo żmija, lew, pantera, tygrys, rekin czy inny tyranozaur to przy tym stworzeniu pikuś.
Owy niekulturalny człek nie wie, że wystarczy jeszcze jedno spojrzenie i jeszcze jedno słowo, a jego jucha pięknie ozdobi wyłożony na środku alejki papier toaletowy (KURWA, kto wpadł na pomysł zagracenia tych wąziutkich ścieżek czymkolwiek?!).
Koleś wymięka. Odwraca wzrok. Chimera chowa powolutku każdą kolejną główkę. Jednym okiem tylko łypie...
...szuka nowej ofiary.

Wróciłam. Cała i zdrowa.
Koloruję, żeby się uspokoić.
A jak na złość wszystkie kredki mi się łamią.
Chimera otwiera drugie oko...



A tak sobie kiedyś wyszywałam u rodziców.
Nie zmieniło się nic, poza...
...kolorem kota, moim wyglądem i miejscem zamieszkania.
Czyli jednak zmieniło się wszystko? No poza firankami, kanapą, koszykiem i kubkiem.
Nie. Nie zmieniło się nic. Dalej podczas wyszywania trwa ZEN.