środa, 10 lutego 2016



Miłości ty moja, co wracasz jak fala...

Jest jedna miłość, z którą każdy mój luby z przestrzeni wielu wielu lat zawsze musiał się liczyć.
Miłość silna i niebezpieczna emocjonalnie.
Zapach, kształt, faktura, wnętrze...
Każdy musiał pamiętać, że książki darzę uczuciem ogromnym i niepodzielnym.
I to od zawsze i sądzę, że na zawsze.

Z miną maniaka kolekcjonuję kolejne pozycje.
Szczęście ogromnie mi sprzyja w moich łowach.
Bo kto inny potrafił kupić całą serię Gry o Tron za 4,99zł nówka sztuka?
Któż inny upolował serię sukkubową za, uwaga uwaga, 0,99zł?
Nie kto inny, niż ja znalazł całą masę książek Anne Rice w księgarni opowieści zapomnianych na katowickim PKP (sprzedają tam też stare gazety, raj bibliofila!).

I tak sobie składam kolekcję od wielu, wielu lat. Już ponad 100 tytułów gości na moich półkach.
I ciągle mi mało.
Bo brakuje tam i Achai, i całego Świata Dysku, i Wiedźmina (z wyjątkiem ostatniej części), i Darów Anioła, i Szklanego Tronu, i Władcy Pierścieni, i Kłamcy, i Siewcy Wiatru, i Nocarza. I masy, masy innych miłości mojego życia.
Nie mam nawet Wywiadu z Wampirem czy Królowej Potępionych (Wampir Lestat był jedną z pierwszych moich zdobyczy, muahaha).
Ale co?
Okazuje się, że i tak większość z nich nie została przeczytana.

Zatem pada tegoroczne postanowienie:
przeczytam wszystkie moje książki nieprzeczytane.

Zaczynam od Krzyku w Niebiosa Anne Rice.
Życzcie mi powodzenia ;)