niedziela, 7 lutego 2016



Zazdr zazdr zazdr

Właśnie skończyliśmy z Kawalerem opijać małe zwycięstwo w bitwie o moje życie. Mój pan poległ (i chrapie z pokoju obok), a ja postanowiłam nie marnować tego cudnego stanu upojenia, za którym tęskniłam ponad półtora roku. W tym czasie stałam się bardzo ekonomiczna, bo już jedna lampka wina (może i całkiem spora, ale JEDNA) doprawiona dwoma kieliszkami nalewki wiśniowej (om nom nom) wprawiła mój świat w stan dość chybotliwej stabilności. Może i ciało lekko nie nadąża za prawami fizyki, ale za to umysł też porzucił wszelkie granice i oto jest ona, WENA, której od dłuższego czasu mi już brakowało...
Co pewnie zauważyliście. Wam nic przeca nie umknie ;)

Nie wiem, czy się chwaliłam. Kiedyś, w odległych czasach (2010 rok) zrzuciłam sobie ponad 40 kg żywej wagi. Byłam wtedy piękna, młoda i cholernie ambitna. I zazdrosna.
Praktycznie o wszystko.
Ale zazdrość była dla mnie motorkiem. Ot, takim pstryczkiem w nos: "Inni mogą a ty nie?! No weźże się ogarnij, guuupia dziewucho i dupsko w troki!".

Pobliski (mam nadzieję, że definitywny!) koniec chorowania ma swoje zalety (ogromne) i, niestety, wady (też nie małe).
No cóż. Trzeba wziąć owe dupsko w troki i trochę schudnąć. Nie to, że chcę być piękna (i tak jestem, muahaha!), ale chodzi raczej o zdrowie i komfort.
Tak, bycie grubasem, wielorybem czy innym schabowym (tudzież boczkiem) absolutnie nie jest komfortowe, w żadnej dziedzinie.
Zakładanie butów (i w ogóle ubieranie się), samodzielne dbanie o higienę osobistą (weź se ogól nogi, gdy nie umiesz nawet sznurówek w butach na stojąco zawiązać...), ciągłe pocenie się, wieczne zmęczenie, bóle kręgosłupa od leżenia/siedzenia/stania/chodzenia (do wyboru do koloru w zależności od okazji).
No ogólnie życie paszteta jest ciężkie.
I wierzcie mi, nikt nie jest tłuściochem z własnego wyboru i podle własnego widzimisię. To bardzo złożony problem więc... jeśli macie ochotę się ponabijać z kogoś otyłego to znajdźcie sobie innego bloga do czytania, bo nie jesteście tu mile widziani już ani sekundę dłużej (aczkolwiek mam nadzieję, że nikt w tym momencie nie został zmuszony do szybkiego i gwałtownego klikania krzyżyka w prawym górnym rogu... pamiętajcie - WIERZĘ W WAS!).
No więc podnoszę rękawicę z ziemi - trzeba się za siebie wziąć. Przeglądam te wszystkie fotki pięknych kobiet i co...
GÓW...
Łajno.

Stety czy tam niestety choróbsko i wielogodzinne posiadówy na onkologii pozbawiły mnie funkcji "zazdrość".
Za to wykształciło się coś, co mnie samą zdumiewa.
Zwę to "zazdraszczanie".

Zazdrość jest prosta, pozbawiona wątku, okrojona z okoliczności.
"Zazdroszczę ci tych zajebistych butów" i kropka.
Zazdraszczanie brzmi: "Zazdroszczę ci tych zajebistych butów" ale w głowie dodaję "ale wiem, że odkładałaś na nie dwa lata i wszystkiego sobie odmawiałaś, aby kupić właśnie owe cuda".
Zazdraszczanie wprowadza okoliczności.
Singielki zazdroszczą mężatkom facetów. Mężatki zazdroszczą singielkom wolności.
Dorośli zazdroszczą dzieciom naiwności. Dzieci zazdroszczą dorosłym odpowiedzialności.
Ale, hola hola, wszystko ma swoją cenę.

Piękna panna z okładki pewnie spędza godziny nudząc się u fryzjera czy kosmetyczki (jak dla mnie to totalna udręka, NIENAWIDZĘ). Czasu wolnego nie posiada, bo godzinami zapitala na siłowni, aby mieć super sylwetkę.
I czemu mam jej zazdrościć?

Bogaty kumpel z podstawówki ma kasy jak lodu. Ale pracuje po 20h na dobę, nie ma kobiety ani domu. Owszem, mieszkanie ma, nawet apartament. Co z tego, skoro nie ma czasu tam nawet posprzątać a i, często gęsto, nie spędza tam ani jednego dnia w tygodniu.
I czemu mam mu zazdrościć bogactwa?

Koleżanka ma zajebistego, serio zajebistego bloga. No cycuś glancuś, piękny szablon, regularne notki. Ale poświęca mu mnóstwo czasu, organizuje specjalne sesje zdjęciowe, lata wszędzie z aparatem "na wszelki wypadek". Codziennie poświęca kilka godzin na pisanie postów, aby mieć kilka na zapas i publikować tylko te najlepsze.
I czemu mam jej zazdrościć bloga?
Mogę co najwyżej brać przykład (i zapewne kiedyś wezmę... kiedyś).

Zazdrość miewa też o wiele gorsze oblicze.
Zawiść.
Oj, pełno jej wokół mnie.
Czym się różni od zazdrości?
"Zazdroszczę jej, że nie musi pracować! Siedzi w domu na dupie, a ZUS i tak daje jej kasę." a w głowie dodane "Ja na to bardziej zasługuję! Oby suka sczezła!".
Nie ma tu miejsce na dodanie, że kuźwa oddałabym wszystko, każdy grosz z każdej jednej renty, zbiórki czy zapomogi, aby móc iść do pracy i GODNIE zapracować na swoje pieniądze.
"Zazdroszczę jej, że robi taki cuda swoimi rękami! Że ma na to czas!" a w głowie dodane "To ja powinnam mieć taki talent! Oby suka sczezła!".
No i ani słowa o godzinach prześlęczanych nad szkoleniem, o każdym groszu skwapliwie odkładanym na materiały, o bólu kręgosłupa, nieprzespanych nocach (bo jakiś projekt wymagał dogłębnego przemyślenia). Nie ma słowa o rezygnacji z błogiego nicnierobienia i tępego wlepiania się w TV (tudzież w FB).

Ale ale!
Jest jeszcze jedno, najgorsze z oblicz zawiści.
Zwę to zawiścią kocioogonową.
Czyli obiekt zawistny sam sobie nie zdaje sprawy ze swojej chorej zazdrości i knuje, szpieguje, nienawidzi. Zamiast wprost powiedzieć, o co chodzi to grzebie i duma i kombinuje.
Coś na kształt "Ale masz chujową tapetę w dużym pokoju", kiedy w głowie, gdzieśtam głęboko głęboko siedzi "Ale fajne mieszkanie. Chcę takie. Muszę takie mieć. Tak namieszam, że właściciel ich wypieprzy na zbity pysk, a ja sobie tu zamieszkam. W sumie ta tapeta nie jest taka zła.".
Rozumiecie?

Przykre w zawiści jest jedno - zawistny traci o wiele więcej energii w procesie zazdroszczenia, niż by jej stracił konstruktywnie dążąc do celu.
A, co śmieszne, ludzie, którym czegokolwiek zazdrościmy tak na prawdę nic nie tracą.
Serio.

No dobra. Chyba, że to w rodzinie objawia się zawiść.
Najgorszy z motywów.
Ale przecież nie będę z tego powodu płakać, nieprawdaż? (chociaż, przyznaję się, płakałam przez to nie raz i nie dwa)
Czasami trzeba stracić coś małego, aby więcej zyskać.
Czasami trzeba stracić coś większego, żeby zyskać jeszcze więcej.

Ale żeby tak rezygnować z czegoś bezcennego, co mogło trwać do końca życia (i jeszcze długo, długo po nim), żeby zyskać tylko złość i rozgoryczenie?
A wszystko przez chorobliwą ZAWIŚĆ zupełnie bezpodstawną...

O co?
Nie mam pojęcia.
Serio nie ma mi czego zazdrościć.
No, może tylko tego, że wciąż potrafię się uczyć życia i dostosowywać do sytuacji.

Amen.

A w ogóle to czekam na wypłatę Kawalerzastego.
Chcę więcej rybków!


A oto i Król Dżungli. Największy w naszym akwarium, a najbardziej nieśmiały (zawłaszczył sobie cały Central Park, skubany... Na dniach pokażę Wam owy Central Park ;)).