poniedziałek, 29 lutego 2016



Zonk stulecia

Karpatka.
Niebo w gębie. Wydaje się taka leciutka i delikatna.
A to morderca! To hodowca tłuszczu!
Jeden kawałek domowej karpatki ma 230 kcal!

Mój światopogląd upadł...

Akwarium po przeróbkach. Jakże przestrzennie się zrobiło :)


Jutro Katowice.
Z jednej strony łapie mnie stres (bo wyniki tomografii).
Z drugiej strony łapie mnie wkurw (bo 10h w szpitalu).
Z trzeciej strony łapie mnie dół (bo może koniec rakowej laby?).
Z czwartej strony mam to... w czwartej, czteroliterowej stronie.
Hopsa!

sobota, 27 lutego 2016



Ooops.


Poranny post wywołał niemałe poruszenie.

Jeśli kogoś uraziłam to przepraszam.

Niestety pokora nie jest moją silną stroną. Prawdę powiedziawszy - we mnie nie ma grama pokory. I nigdy jej nie było, bo każdy najmniejszy jej zalążek zabijałam najszybciej i najskuteczniej jak tylko potrafiłam.
To bunt był moją siłą. Bunt jest moją siłą.
To brak pokory i bunt dają mi siłę w walce z chorobą, codziennością i samą sobą.

Nigdy też nie podchodziłam do niczego racjonalnie. Ani obiektywnie.
Jestem najbardziej subiektywnym i nieracjonalnym stworzeniem jakie kiedykolwiek znałeś. Zapewniam.
Dlaczego?
Bo emocje i uczucia nigdy nie są obiektywne. A to na nich żeruję. One dają mi siłę i motywację.
Do tego irracjonalność wprawia mój świat w cykl różowych zawirowań. Nie widzę świata, jakim jest. Widzę go przez pryzmat swoich emocji i swojej wyobraźni.

A oto nastąpiło zderzenie z rzeczywistością.
Widocznie nie zmienię świata.
Widocznie nie ma we mnie tego, co zdawało mi się, że widziałam w odbiciu siebie w Waszych oczach.
Widocznie muszę pracować silniej. I bardziej się starać.
Ale nie zrobię tego. Bo nigdy nie robię nic na siłę. Może za szybko odpuszczam?

Znów czuję się malutką, nic nie znaczącą iskierką.
Luz del Abismo - jak to zwykłam się podpisywać.
Światłem w Otchłani.

Otchłań jest taka wielka, ja taka malutka.
Rzeczywistość absolutnie mi się nie podoba.
Tu nie ma niczego ze świata, który siedzi głęboko w mojej głowie.
Tu jest tak szaro. Pusto. Zimno.

Oto, moi Mili, historia o tym, jak słoń próbował latać.
Skończyło się jak zawsze.
A pretensję mogę mieć tylko do siebie.
Jak zwykle oczekiwałam więcej, niż świat zechciał mi dać.

Gdzie ta czekolada?!

wtorek, 23 lutego 2016



Marynowane pieczarki dla opornych

Gdy jest się Chorą Kurą Domową to dość ciężko wyrobić sobie renomę Idealnej Pani Domu.
Ale jest sposób bardzo prosty i skuteczny... Zgadliście!
Słoiczki, przetwory, marynowane cuda.
Prosiliście o przepis na pieczarki. Metodą prób i błędów opracowałam sposób perfekcyjny na pieczary. Potrzeba tylko godzinkę czasu, nieco dobrych chęci i ciupkę inwencji twórczej ;)

PIECZARKI MARYNOWANE

Potrzebne składniki:
1,5 kg pieczarek
biała gorczyca
pieprz czarny w ziarenkach
ziele angielskie
listki laurowe
duża cebula
ocet (około 2 szklanek)
sól
cukier
woda

Jest to przepis dla topornych (made by toporna numero uno ;)), zatem wszystko tłumaczę od początku ;)

WYBÓR PIECZAREK
Mitem jest to, że pieczary muszą być małe. Standardowe też dadzą radę. Takie nieco większe niż standardowe również. One w gotowaniu się baaardzo kurczą.
Grunt, żeby były w miarę świeże (białe, z zamkniętymi kapelusikami - blaszki nie powinny być widoczne).

PREPAROWANIE PIECZAREK
Główne bohaterki myjemy dokładnie, najlepiej miękką szczoteczką (polecam taką do zębów ;)).
W dużym garnku zagotowujemy wodę z dodatkiem octu (daję pół szklanki na jakieś 3 litry wody). Do wrzącej wody wrzucamy umyte pieczarki, dociążamy je talerzem bądź pokrywką mniejszą niż garnek i tak niech sobie bulgają przez 5 minut.

PRZYGOTOWYWANIE SŁOIKÓW
 Z takiej ilości pieczarek wychodzi około 6 małych słoiczków. Zanim cokolwiek zaczniemy kombinować dobieramy pokrywki do słoików. Muszą idealnie pasować. Od tego zależy sukces przedsięwzięcia! Jak już dobierzemy pary idealne to w czajniku gotujemy maksimum wody.
Wrzątkiem zalewamy słoiczki. Po chwili wodę wylewamy (uwaga na łapki, to jest gorące!!!).

ZALEWA
W mniejszym garnku gotujemy mieszaninę - 3 szklanki wody, 1 szklanka octu, 2 łyżeczki cukru, 1 łyżeczka soli.

CZARY GŁÓWNE
Mój ulubiony etap ;)
Do każdego słoiczka wrzucamy: 1 łyżeczkę białej gorczycy, 1 listek laurowy, 2 ziarenka ziela angielskiego, 4 ziarenka czarnego pieprzu. Cebulę kroimy na plasterki i sprawiedliwie dzielimy ją między słoiczki.
Teraz dorzucamy do słoików podgotowane pieczarki. Polecam robić to durszlakiem. Pieczarki dość brutalnie ubijamy w słoikach bo, jak wspominałam, one dość intensywnie się kurczą podczas marynowania. Ale z uczuciem to robimy - zmiażdżone pieczarki nie są fajne ;)
Gdy już wszystko jest na miejscu zalewamy całość wrzącą zalewą.
Szybciutko zakręcamy słoiki (bardzo szybko się nagrzewają, więc sprężać się trzeba).
Teraz czas na...

PASTERYZACJA
Testowałam kilka metod pasteryzacji... Ale najwygodniej jest w piekarniku :)
Nastawiamy piekarnik na 120-130 stopni. Nie włączamy żadnych dziwnych grilli czy coś - normalny termoobieg, bez dodatkowych grzałek.
Blachę z piekarnika wykładamy 2-3 warstwami ręcznika papierowego (mycie całego piekarnika z zalewy nie jest fajne - sprawdzałam). Na to ustawiamy nasze słoiczki - nie mogą dotykać ani piekarnika, ani siebie nawzajem.
Wsadzamy ustrojstwo do piekarnika i pichcimy 15 minut. Po tym czasie wyłączamy piekarnik. Pieczarki dalej w nim siedzą.
Po jakiejś godzinie, dwóch (czy kiedy nam się tam o tym przypomni) wyjmujemy słoiki z piekarnika.
Układamy je do góry nogami na ręczniku papierowym - łatwiej zauważymy ewentualny wyciek.
Jeśli coś cieknie - zmieniamy pokrywkę i znowu pasteryzujemy. Jeśli zalewy wyciekło dość dużo - uzupełniamy braki gorącą, przegotowaną wodą.

OZDABIANIE
Gdy już słoiki wystygną i nie ciekną (a pokrywki zrobiły się wklęsłe) możemy się pobawić w ozdabianie :)
Możemy użyć ściereczek, ale ja preferuję... Serwetki papierowe (te duże, składane):) Są tanie, dostępne w milionie wzorów i kolorów no i są praktyczne - zero prania, jak się przykurzą to wymieniamy na nowe, cud miód.
Do tego potrzebna jest wstążka - około 1-2cm szerokości. Mogą być szersze, wtedy składamy je na pół, a kokardki się robią bardziej pulchne. Dla topornych, nie lubiących zabaw w zawiązywanie - gumki recepturki lub... silikonowe gumeczki do warkoczyków.

Serwetki dzielimy na cztery części. Nakładamy na słoiczek kawałek serwetki, dookoła nakrętki zawiązujemy wstążkę (lub nakładamy gumkę). Wyrównujemy serwetkę i... gotowe :)





Smacznego! :)))

poniedziałek, 22 lutego 2016



Spektakl "Chemobrain: Przebudzenie"

Nie wiem, czy wiecie czym jest chemobrain.
Odsyłam tutaj.
Tyle o teorii. A w praktyce?


Wyobraźcie sobie, że zostaliście zamknięci w wielkiej bańce.
Słyszycie głosy, czujecie zapach i smak, widzicie, co się dzieje dookoła. Ale wszystko jest wytłumione. Pozbawione wyraźnych konturów. Zupełnie bez wyrazu.
Do tego macie nieodparte wrażenie, że poza bańką świat nie idzie. Czas nie płynie.
Rzeczywistość... ona zapierdala.
Każdy jeden dzień dłuży się w nieskończoność, a za razem upływa w mgnieniu oka. Gubicie poczucie czasu i przestrzeni, świat realny miesza się z krainą snów.
Umysł traci na ostrości. Zapominacie połowy swojego słownika. Nawet imiona znajomych stają się dziwnie nieosiągalne. Komunikujecie się ze światem za pomocą najprostszych zdań pojedynczo złożonych. W rozmowach zwykle gubicie się po jednym zdaniu. Nie trzymacie tematu. Skaczecie po wątkach. Zapytani o zdanie nagle stwierdzacie, że takiego nie posiadacie i, w sumie, macie to w dupie. Gdy jednak postanawiacie posiadać swoje stanowisko to, zanim znajdziecie odpowiedni wyraz, nastaje kolejny dzień. Tudzież tydzień. Planujecie zadzwonić, żeby kontynuować dyskusję, ale zanim sięgniecie po telefon już zapominacie, po co właściwie był on potrzebny.
Koncentracja uwagi praktycznie nie istnieje. Jesteście jak dzieci. Dwie minuty skupienia na jednej czynności to piekło. Wystarczy poluźnić nieco więzy umysłu, a już dryfujecie po Oceanie Spokojnym.
Nie pamiętacie dnia wczorajszego. Nie wiecie, która może być godzina, jaki dzień miesiąca czy tygodnia mamy. Za to doskonale orientujecie się we wspomnieniach sprzed leczenia. Ba! Przypominacie sobie czasy niemowlęce (btw. w pieluchach strasznie niewygodnie się spało).

Następuje koniec leczenia.
Kolejny tydzień bez chemii.
Miesiąc. Dwa.
Aż nagle, jakby obuchem, dostajecie nagle te wszystkie informacje, które do was nie docierały przez ostatnie półtora roku. I całą pozostałą wiedzę, która czekała w czeluściach umysłu tylko po to, aby zaatakować cię w najmniej spodziewanym momencie.

Jestem w tym właśnie momencie.
Przypomniałam sobie swój ulubiony wyraz (aberracja!) i go nadużywam.
Odkopałam we łbie zasady reakcji chemicznych, wzór na pole trójkąta i trapezu, zasadę Pitagorasa.
I wiem (znowu!), że bitwa pod Grunwaldem była w 1410 roku, a Mieszko tak na prawdę nie był królem.
Bez problemu rozumiem angielskie piosenki i filmy.
I pamiętam wiersz, który mówiłam w podstawówce na rocznicy szkoły.
Budyń. Przypomniałam sobie, że istnieje coś takiego jak budyń, I kisiel.
No i znowuż znam na pamięć numer telefonu do Mamy i Kawalera. I trzech poprzednich "panów" (bliżej im chyba do "chamów").
I gubię się w nadmiarze informacji.
Czuję się jak ten biedny człowieczek w filmie "Jestem bogiem". Zauważam wszystko. Kątem oka wyłapuję najmniejszy ruch, skarpetki Kawalera z kosza na brudy czuję nawet w kuchni. I wszystko, co jem jest za słodkie. Wszystko.

Mięśnie powoli odzyskują dawną sprężystość. Umiem już dotknąć palców u stóp, gdy stoję. I sama zawiązuję buty.

Nie dam się więcej zchemić. Nie dam.
Nie chcę być martwa za życia.
Już chyba wolałabym umrzeć.

Z nowych informacji. A w sumie to ze starych, tylko nieco przykurzonych:
od stycznia nie czuję wątroby ani kręgosłupa.
Chyba powoli zapominam, jak smakuje ból... :)

sobota, 20 lutego 2016



Psychopatka wita ponownie.

Jestem człowiekiem spokojnym. Elokwentnym. Inteligentnym. Ugodowym. I uprzejmym.
Powtarza bezgłośnie głos rozsądku w mojej głowie za każdym razem, gdy nieszczęśliwie w sobotę wyląduję w przyciasnawym markecie.
Zostawiam wózek gdzieś pod ścianą i modlę się, żeby w miarę sprawnie udało mi się przecisnąć do pieczarek, wody mineralnej i mleka. O mięsie czy serze nawet nie marzę, bo kolejka sięga aż do Hong Kongu.
Nożesz!

Jestem oazą spokoju. Pierdolonym kwiatem lotosu. Nic nie zburzy mojego zajebistego spokoju ducha. Wdech, wydech. Zen, KURWA, zeeen! Raz, dwa, trzy...
Ludzie zachowują się jak małpy w zoo. Niektórzy jak goryle. Jeszcze inni jak nadepnięte żmije.
Śpieszą się i gonią. Albo człapią metr na pięć minut i tworzą korki.
Parkują wózki na środku alejki.
Wędrują w parach całą szerokością przejść między półkami. Albo udają niewidzialnych i stają centralnie przede mną, gdy gdybam, czy lepszy będzie sok malinowy czy czarna porzeczka.

...cztery, pięć, sześć, siedem...
Od dziecka w sytuacjach stresogennych mam dziwny sen na jawie. W mojej głowie ktoś cicho powtarza "Lucyna, Lucyna, Lucyna!". Coraz głośniej i głośniej. Wiem, że jak zacznie krzyczeć mi do ucha to stanie się coś złego. Coś bardzo złego. Jeszcze nie wiem co, bo nigdy do tego nie doszło. Ale upierdliwy głosik narasta.
LUCYNA! LUCYNA! LUCYNA!

 ...osiem, DZIEWIĘĆ, DZIESIĘĆ! Szukam!
Aż jeden człek niepełnosprytny i zupełnie nieświadomy tego, co się dzieje w mojej głowie (i że ten uśmiech na ustach to wcale nie uprzejmość, a ukryta żądza krwi) otwiera klatkę. I wyskakuje z niej...
Chimera.
Bo żmija, lew, pantera, tygrys, rekin czy inny tyranozaur to przy tym stworzeniu pikuś.
Owy niekulturalny człek nie wie, że wystarczy jeszcze jedno spojrzenie i jeszcze jedno słowo, a jego jucha pięknie ozdobi wyłożony na środku alejki papier toaletowy (KURWA, kto wpadł na pomysł zagracenia tych wąziutkich ścieżek czymkolwiek?!).
Koleś wymięka. Odwraca wzrok. Chimera chowa powolutku każdą kolejną główkę. Jednym okiem tylko łypie...
...szuka nowej ofiary.

Wróciłam. Cała i zdrowa.
Koloruję, żeby się uspokoić.
A jak na złość wszystkie kredki mi się łamią.
Chimera otwiera drugie oko...



A tak sobie kiedyś wyszywałam u rodziców.
Nie zmieniło się nic, poza...
...kolorem kota, moim wyglądem i miejscem zamieszkania.
Czyli jednak zmieniło się wszystko? No poza firankami, kanapą, koszykiem i kubkiem.
Nie. Nie zmieniło się nic. Dalej podczas wyszywania trwa ZEN.

piątek, 19 lutego 2016



Pohopsać!

Zbieram się z zamiarem urządzenia sobie małego spa. Trzeba wytrzebić chaszcze na nogach, pofarbować włoski, ogarnąć brwi.
Z drugiej strony pilnie muszę umyć podłogi. Wątróbka z Dnia Kota jest wszędzie ;)

Jednocześnie chcę pohafcić. Tak, wróciłam :D Powoli zbliżam się do końca Luny. Ale bardzo powoli się zbliżam. Ślimaczym tempem nawet bym rzekła.


To już drugi z wyszywanych przeze mnie koni.
A w sumie to pierwszy, bo zaczęłam go wyszywać jakieś... cztery, pięć lat temu? @_@
Drugi (a jednak ukończony jako pierwszy) wyglądał tak:


Kocham konie.
Oj, pojeździłabym.
Wiatr we włosach, ich siła mięśni i... te mięciutkie chrapy na twarzy, gdy się witają :D
Ale to może jak zrzucę z cztyrdzieśi kilo. W stanie obecnym to chyba jedynie shire by mnie uniósł.

czwartek, 18 lutego 2016



Try not to panic. Just shut your mouth.

Przeżyłam trzydzieści trzy chemie.
Miałam różne dziwne badania, zabiegi, kosmos totalny.
Nie bałam się, nie panikowałam. Twardo brałam wszystko na klatę.

Teraz przychodzi etap, gdy trzeba naprawić to, co chemia zepsuła. A najbardziej poszło po... Zębach.
Mam dziesięć sztuk do leczenia (łamane przez wyrwania). A na sam dźwięk wyrazu "dentysta" dostaję hiperwentylacji i wybucham panicznym płaczem.



Takam twarda, a tak bardzo się boję.
Kurwa.
Ja nawet nie umiem opisać tego, jak bardzo się boję :(((

 Chciałbym to załatwić jakoś pod narkozą czy coś.
Ale takie rzeczy to tylko w filmach.

Idę w spokoju popanikować. I poudawać, że stan mojego uzębienia mi w ogóle nie przeszkadza. O.

środa, 17 lutego 2016



Dzień Kota

Następnym razem, gdy wpadnę na genialną listę zakupów (koci żwirek, ziemniaki, napoje, bułka tarta, cukier, mleko - razem jakieś 15kg) to pacnijcie mnie w łeb. Ino mocno.
Ale koty dostały z okazji swojego święta po wątróbce.
Najlepiej wydane 50gr w tym miesiącu ;)))


A jak świętują Wasze burczybrzuchy? :)

wtorek, 16 lutego 2016



Fotorelacja

Wczoraj byłam na TK bebeszków. Pojechałam z Ojcowatym i, w sumie, bardzo miło spędziłam ten czas. W końcu mieliśmy "chwilkę", żeby pogadać, pośmiać się, ponarzekać.
Muszę go częściej wyciągać do Katowic :)

Spotkałam na korytarzu MOJĄ pielęgniarkę. Oj, wzruszeniu nie było końca :) Wytulałyśmy się, wytarmosiłyśmy. I każda poszła w swoją stronę,,,
Ech. Pomyśleć, że Katowickie Centrum Onkologiczne będzie dla mnie jak... hm... oaza pełna przyjaznych duszyczek, Na początku było mu bliżej do leża dzikich i obcych bestii ;)
Ale, tak czy inaczej, nie chcę tam wracać.
Twardo obstaję przy opcji, że 1 marca będę tam ostatni raz. Amen ;)

Dzisiaj jeszcze czuję w żyłach błąkający się kontrast, jestem słaba i zmęczona. Ale nie dam się!
Posprzątałam akwarium, wstawiłam pranko, zaraz poskładam ciuszki.

A oto i kilka fotek z ostatnich dni ;)

Akwarium przed dzisiejszymi porządkami:


Akwarium po dzisiejszych porządkach:


Kolorowanki:



Ciemka debiutuje na kaloryferze:


Idzie wiosna! Czekam na szczypiorek! :D


I, osiągnięcie tygodnia! Nowa porcja pieczarek w zalewie!


Chyba czas zacząć robić zdjęcia aparatem, a nie kalkulatorem. Tfu. Telefonem ;)

PS. Zdradźcie, co sądzicie o takim układzie na blogu. Szukam "swojego" szablonu, czegoś, co mnie zaskoczy i zjedna na dłużej. A jakoś znaleźć nie umiem :/

sobota, 13 lutego 2016



Kolorowe kredki...

KOJOJOWE KJEEDKIII W PUDEŁECZKU NIOOOSZEEEM!
*zamyka się w swoim własnym świecie, kołysząc się w tył i w przód*


Dużo kolorowanek i dużo kredków potrzebne.
Oszczędzanie w wersji restrykcyjnej jest złe i niedobre. I stresogenne.
Koloruję kolejny obrazek. Robię przerwę na szydełkowanie dziewiątej bransoletki dla PinkRook.
Wcinam dwie pieczarki. Myślę o nowych kredkach. I znowu idę kolorować, bo się wściekam, że nie ma za co ich kupić.
Stworzyłam bardzo napięty grafik budżetowy. Jednak pominęłam w nim tankowanie samochodu, moje lekarstwa i trzy wyjazdy do Katowic.
NOSZ KURWA.
Trzeba nanieść poprawki. Ale nie ma jak, bo cztery stówki potrzebne na rejestrację i ubezpieczenie samochodu. Luty i marzec to zło.
*idzie dalej robić bazgru bazgru na kolorowankach*

No to koloruję z dziką pasją, żeby nie myśleć.
A zaraz sobie zamarynuję kilogramik pieczarków. O!


Fake

Jest Avatar w telewizji.
To są i chipsy.
Serio smakują jak pieczarki!


:D
A jutro na śniadanie moja ukochana sałatka - pieczarki, jajka na twardo z sosem czosnkowym.
Tak. Jadam surowe pieczarki. Kalafiora też.
Nie wnikajcie, just enjoy :)

Ciekawe, czy z tego kupionego kilograma zamarynuję chociażby jeden słoiczek... :D

piątek, 12 lutego 2016



...mam i ja!

Nastała moda na kolorowanki. Wszelakie.
Że niby odstresowują, koją nerwy, uspokajają myśli... Postanowiłam przetestować!


Potwierdzam! Działa i to w pińciuset procentach :D
Ale tylko do momentu, gdy nie odrywasz, że masz tylko jeden odcień niebieskiego i żadnego fioletu.
Jak tak można bez fioletu?!
Fiolet jest obligatoryjnie needed!
Jutro jadę po kredki. O.

Rano wypełzłam na jedne zakupy.
Wieczorem wypełzłam na drugie zakupy.
I to bez pomocy rumaków mechanicznych.
Wszystko tymi to oto stópkami! (macha nóżkami w różowych, psiokształtnych kapciochach)

Zakupy bez Kawalerzastego mają swoje wady (znowu nie kupiłam cukru...) ale i zalety (jakoś wszystko wydaje się tańsze... ;)).
Ale grunt, że zaczęłam wypełzać z domu. I coraz mniej boję się ludzi.
Może dlatego, że nawet dosyć się skameleoniłam i wyglądam też całkiem całkiem jak ludź?
Nie wiem, ale dobrze mi z zakwasami w łydkach. O!

A jutro napad na Auchana.
Mają pieczarki w promocji, a mi się już miesiąc temu słoiczki skończyły.
Zszamałam nawet moczkę, która tkwiła w słoiku od grudnia (zapasteryzowana, utrzymała full wypasiony walory smakowo-aromatyczne, mniami).
No i nie mam kredki: lawendowej, ametystowej, fioletowej, fiolkowej, jagodowej, niebieskofioletowej, purpurowej, wrzosowej, amarantowej, cyklamen(owej), buraczkowej, oberżynowej, grafitowej, malachitowej, chabrowej, błękitnej... ;)

Znalazłam dla nas dom. Idealnie piękny.
Kosztuje 612 tyś.
Kumulacjo w totku, przybywaj!

środa, 10 lutego 2016



Miłości ty moja, co wracasz jak fala...

Jest jedna miłość, z którą każdy mój luby z przestrzeni wielu wielu lat zawsze musiał się liczyć.
Miłość silna i niebezpieczna emocjonalnie.
Zapach, kształt, faktura, wnętrze...
Każdy musiał pamiętać, że książki darzę uczuciem ogromnym i niepodzielnym.
I to od zawsze i sądzę, że na zawsze.

Z miną maniaka kolekcjonuję kolejne pozycje.
Szczęście ogromnie mi sprzyja w moich łowach.
Bo kto inny potrafił kupić całą serię Gry o Tron za 4,99zł nówka sztuka?
Któż inny upolował serię sukkubową za, uwaga uwaga, 0,99zł?
Nie kto inny, niż ja znalazł całą masę książek Anne Rice w księgarni opowieści zapomnianych na katowickim PKP (sprzedają tam też stare gazety, raj bibliofila!).

I tak sobie składam kolekcję od wielu, wielu lat. Już ponad 100 tytułów gości na moich półkach.
I ciągle mi mało.
Bo brakuje tam i Achai, i całego Świata Dysku, i Wiedźmina (z wyjątkiem ostatniej części), i Darów Anioła, i Szklanego Tronu, i Władcy Pierścieni, i Kłamcy, i Siewcy Wiatru, i Nocarza. I masy, masy innych miłości mojego życia.
Nie mam nawet Wywiadu z Wampirem czy Królowej Potępionych (Wampir Lestat był jedną z pierwszych moich zdobyczy, muahaha).
Ale co?
Okazuje się, że i tak większość z nich nie została przeczytana.

Zatem pada tegoroczne postanowienie:
przeczytam wszystkie moje książki nieprzeczytane.

Zaczynam od Krzyku w Niebiosa Anne Rice.
Życzcie mi powodzenia ;)

wtorek, 9 lutego 2016



Błędne koło

Wkraczam na niebezpieczny teren.
Marzy mi się.

Marzy mi się wielki, wygodny fotel, w którym mogłabym się zatopić wraz z moimi wyszywankami, szydełkowaniami i książeczkami. Taki, żebym mogła wyprostować nóżki na podnóżku, zwinąć się w pozycji optymalnej, czyli po turecku (zawsze, ale to zawsze, siadam po turecku), ewentualnie móc nonszalancko przerzucić nogi przez oparcie.
Ale taki fotel nie zmieści się w naszym pokoju.

No to marzy mi się bardziej ustawny domek. Najlepiej z tarasem i ogródkiem. Coby przed fotelem rozciągał się śliczny widok za oknem.

Jak już szaleć to szaleć. Większy domek. To i więcej akwariów. W każdym pokoju inne.
Malawi, tanganika, czarne wody.
Dużo rybków.
A jeszcze lepiej atrapa strumienia biegnąca przez całe mieszkanie...

Duży dom nie może być pusty. No to dużo dzieciów. Trójka to optimum.

Dużo dzieciów to większy samochód.

Jak już nowy samochód to i rodzinne wakacje.

Jak wakacje to tylko wymarzone. Może w domku na wsi? A może w naszym domku na wsi?
Gdzie byłyby koniki i krówka. I kurczaki. I swojskie posiłki ze swojej marchewy, jajek, mleka...

Zapętlam się. Im więcej marzę, tym więcej chcę.
A tyle uczyłam się niczego nie chcieć, niczego nie oczekiwać...
Ale pomarzyć jest miło. Bardzo.


Nasze akwarium. Tą wysepkę zieleni na środku nazywamy Central Park ;) Zdjęcie sprzed ponad tygodnia... Dzisiaj jest duuuużo więcej zielska. Ale jakoś nie chce mi się latać z aparatem, więc musi wystarczyć średnio aktualne zdjęcie ;)

poniedziałek, 8 lutego 2016



Trzeci kot?


Przewracam się w nocy z boku na bok.
Kot nie daje mi spać. Mizia się, liże mnie po ręce, kładzie mi się na brzuchu.
Przeganiam go jak się da, a on tylko mruczy jak szalony.
Budzę się rano i...
...zdaję sobie sprawę z tego, że nie mamy białego kota.

Odwyk od chemii zamiast białych myszek daje mi białe kotki.
Uroczo... ;)

niedziela, 7 lutego 2016



Zazdr zazdr zazdr

Właśnie skończyliśmy z Kawalerem opijać małe zwycięstwo w bitwie o moje życie. Mój pan poległ (i chrapie z pokoju obok), a ja postanowiłam nie marnować tego cudnego stanu upojenia, za którym tęskniłam ponad półtora roku. W tym czasie stałam się bardzo ekonomiczna, bo już jedna lampka wina (może i całkiem spora, ale JEDNA) doprawiona dwoma kieliszkami nalewki wiśniowej (om nom nom) wprawiła mój świat w stan dość chybotliwej stabilności. Może i ciało lekko nie nadąża za prawami fizyki, ale za to umysł też porzucił wszelkie granice i oto jest ona, WENA, której od dłuższego czasu mi już brakowało...
Co pewnie zauważyliście. Wam nic przeca nie umknie ;)

Nie wiem, czy się chwaliłam. Kiedyś, w odległych czasach (2010 rok) zrzuciłam sobie ponad 40 kg żywej wagi. Byłam wtedy piękna, młoda i cholernie ambitna. I zazdrosna.
Praktycznie o wszystko.
Ale zazdrość była dla mnie motorkiem. Ot, takim pstryczkiem w nos: "Inni mogą a ty nie?! No weźże się ogarnij, guuupia dziewucho i dupsko w troki!".

Pobliski (mam nadzieję, że definitywny!) koniec chorowania ma swoje zalety (ogromne) i, niestety, wady (też nie małe).
No cóż. Trzeba wziąć owe dupsko w troki i trochę schudnąć. Nie to, że chcę być piękna (i tak jestem, muahaha!), ale chodzi raczej o zdrowie i komfort.
Tak, bycie grubasem, wielorybem czy innym schabowym (tudzież boczkiem) absolutnie nie jest komfortowe, w żadnej dziedzinie.
Zakładanie butów (i w ogóle ubieranie się), samodzielne dbanie o higienę osobistą (weź se ogól nogi, gdy nie umiesz nawet sznurówek w butach na stojąco zawiązać...), ciągłe pocenie się, wieczne zmęczenie, bóle kręgosłupa od leżenia/siedzenia/stania/chodzenia (do wyboru do koloru w zależności od okazji).
No ogólnie życie paszteta jest ciężkie.
I wierzcie mi, nikt nie jest tłuściochem z własnego wyboru i podle własnego widzimisię. To bardzo złożony problem więc... jeśli macie ochotę się ponabijać z kogoś otyłego to znajdźcie sobie innego bloga do czytania, bo nie jesteście tu mile widziani już ani sekundę dłużej (aczkolwiek mam nadzieję, że nikt w tym momencie nie został zmuszony do szybkiego i gwałtownego klikania krzyżyka w prawym górnym rogu... pamiętajcie - WIERZĘ W WAS!).
No więc podnoszę rękawicę z ziemi - trzeba się za siebie wziąć. Przeglądam te wszystkie fotki pięknych kobiet i co...
GÓW...
Łajno.

Stety czy tam niestety choróbsko i wielogodzinne posiadówy na onkologii pozbawiły mnie funkcji "zazdrość".
Za to wykształciło się coś, co mnie samą zdumiewa.
Zwę to "zazdraszczanie".

Zazdrość jest prosta, pozbawiona wątku, okrojona z okoliczności.
"Zazdroszczę ci tych zajebistych butów" i kropka.
Zazdraszczanie brzmi: "Zazdroszczę ci tych zajebistych butów" ale w głowie dodaję "ale wiem, że odkładałaś na nie dwa lata i wszystkiego sobie odmawiałaś, aby kupić właśnie owe cuda".
Zazdraszczanie wprowadza okoliczności.
Singielki zazdroszczą mężatkom facetów. Mężatki zazdroszczą singielkom wolności.
Dorośli zazdroszczą dzieciom naiwności. Dzieci zazdroszczą dorosłym odpowiedzialności.
Ale, hola hola, wszystko ma swoją cenę.

Piękna panna z okładki pewnie spędza godziny nudząc się u fryzjera czy kosmetyczki (jak dla mnie to totalna udręka, NIENAWIDZĘ). Czasu wolnego nie posiada, bo godzinami zapitala na siłowni, aby mieć super sylwetkę.
I czemu mam jej zazdrościć?

Bogaty kumpel z podstawówki ma kasy jak lodu. Ale pracuje po 20h na dobę, nie ma kobiety ani domu. Owszem, mieszkanie ma, nawet apartament. Co z tego, skoro nie ma czasu tam nawet posprzątać a i, często gęsto, nie spędza tam ani jednego dnia w tygodniu.
I czemu mam mu zazdrościć bogactwa?

Koleżanka ma zajebistego, serio zajebistego bloga. No cycuś glancuś, piękny szablon, regularne notki. Ale poświęca mu mnóstwo czasu, organizuje specjalne sesje zdjęciowe, lata wszędzie z aparatem "na wszelki wypadek". Codziennie poświęca kilka godzin na pisanie postów, aby mieć kilka na zapas i publikować tylko te najlepsze.
I czemu mam jej zazdrościć bloga?
Mogę co najwyżej brać przykład (i zapewne kiedyś wezmę... kiedyś).

Zazdrość miewa też o wiele gorsze oblicze.
Zawiść.
Oj, pełno jej wokół mnie.
Czym się różni od zazdrości?
"Zazdroszczę jej, że nie musi pracować! Siedzi w domu na dupie, a ZUS i tak daje jej kasę." a w głowie dodane "Ja na to bardziej zasługuję! Oby suka sczezła!".
Nie ma tu miejsce na dodanie, że kuźwa oddałabym wszystko, każdy grosz z każdej jednej renty, zbiórki czy zapomogi, aby móc iść do pracy i GODNIE zapracować na swoje pieniądze.
"Zazdroszczę jej, że robi taki cuda swoimi rękami! Że ma na to czas!" a w głowie dodane "To ja powinnam mieć taki talent! Oby suka sczezła!".
No i ani słowa o godzinach prześlęczanych nad szkoleniem, o każdym groszu skwapliwie odkładanym na materiały, o bólu kręgosłupa, nieprzespanych nocach (bo jakiś projekt wymagał dogłębnego przemyślenia). Nie ma słowa o rezygnacji z błogiego nicnierobienia i tępego wlepiania się w TV (tudzież w FB).

Ale ale!
Jest jeszcze jedno, najgorsze z oblicz zawiści.
Zwę to zawiścią kocioogonową.
Czyli obiekt zawistny sam sobie nie zdaje sprawy ze swojej chorej zazdrości i knuje, szpieguje, nienawidzi. Zamiast wprost powiedzieć, o co chodzi to grzebie i duma i kombinuje.
Coś na kształt "Ale masz chujową tapetę w dużym pokoju", kiedy w głowie, gdzieśtam głęboko głęboko siedzi "Ale fajne mieszkanie. Chcę takie. Muszę takie mieć. Tak namieszam, że właściciel ich wypieprzy na zbity pysk, a ja sobie tu zamieszkam. W sumie ta tapeta nie jest taka zła.".
Rozumiecie?

Przykre w zawiści jest jedno - zawistny traci o wiele więcej energii w procesie zazdroszczenia, niż by jej stracił konstruktywnie dążąc do celu.
A, co śmieszne, ludzie, którym czegokolwiek zazdrościmy tak na prawdę nic nie tracą.
Serio.

No dobra. Chyba, że to w rodzinie objawia się zawiść.
Najgorszy z motywów.
Ale przecież nie będę z tego powodu płakać, nieprawdaż? (chociaż, przyznaję się, płakałam przez to nie raz i nie dwa)
Czasami trzeba stracić coś małego, aby więcej zyskać.
Czasami trzeba stracić coś większego, żeby zyskać jeszcze więcej.

Ale żeby tak rezygnować z czegoś bezcennego, co mogło trwać do końca życia (i jeszcze długo, długo po nim), żeby zyskać tylko złość i rozgoryczenie?
A wszystko przez chorobliwą ZAWIŚĆ zupełnie bezpodstawną...

O co?
Nie mam pojęcia.
Serio nie ma mi czego zazdrościć.
No, może tylko tego, że wciąż potrafię się uczyć życia i dostosowywać do sytuacji.

Amen.

A w ogóle to czekam na wypłatę Kawalerzastego.
Chcę więcej rybków!


A oto i Król Dżungli. Największy w naszym akwarium, a najbardziej nieśmiały (zawłaszczył sobie cały Central Park, skubany... Na dniach pokażę Wam owy Central Park ;)).

piątek, 5 lutego 2016



Vintage


Zostałam pozbawiona mojego super hiper zajefajnego smartfona na rzecz w ogóle nie super hiper fajnego telefona.
Bo mój wziął i się spsuł.
Teraz czeka go daleka podróż do naprawialni...
Już tęsknię :(
Jakby nie było to smartfon jest moim centrum zarządzania wszechświatem.
Gadam z niego, piszę, prowadzę statystyki i, przede wszystkim, umilam sobie czas wolny.
Smartfoniku, doceni cię tylko ten, kto cię stracił!
Idę. Nie umiem na tym czymś pisać.
Bu...

środa, 3 lutego 2016



Coś się kończy, coś się zaczyna...


No to koniec chemii.
Nie wybuchły fajerwerki, świat się nawet na sekundę nie zatrzymał.
W głowie telepie się niechciana myśl, że to niemożliwe. Że jak to, już?
Czekam na skierowanie na tomografię...
Po niej okaże się, czy gada znokautowałam, czy czeka mnie dogrywka na radioterapii.
Ale cieszę się jak dziecko!
W ciągu najbliższych dwóch miesięcy na pewno nie wyląduje w szpitalu, hopsa! :D
Póki co mam wolne od rzygania i srania, od zwijania się i przesypiania dni.
Nawet jeśli będzie to tylko kilka tygodni przerwy w leczeniu to... WARTOOO! :D

poniedziałek, 1 lutego 2016



Wiosnaaa!


Zostałam wyciągnięta do sklepu. Na zakupy w sensie.
Bez użycia samochodu czy autobusu.
Wróciliśmy, ja zmaltretowana jak po maratonie, ale... pysk uśmiechał mi się już przez cały wieczór!
Wiosna. Tak, to ona. Sieje już w powietrzu woń budzących się do życia drzew i kwiatów. Muska twarz oddechem mżawki. I ciepłym wiatrem otula twarz.
To ona, wierzcie mi, to ona!
Bociany potwierdzają, ciekawsko latając nad naszymi głowami.

Spanie nie wychodzi, gdy po głowie pierdyliard myśli drepta.
Tup tup tup.
Tup tup tup.
Tup tup tup.
I nie do końca jestem pewna, czy chcę spać.
W środę do szpitala... z rurkami podpiętymi do moich biednych, zmaltretowanych żyłek wyśpię się za wsze czasy.
A póki co tak bardzo chciałabym do cna wykorzystać ten piękny, bezchemiczny czas.

Drogą znajomościową zdobyliśmy większe akwarium.
Gdy Kawaler nie patrzy przenoszę ślimaki ze starego zbiornika do nowego.
Nie potrafię tak po prostu pozwolić im umrzeć w ściekach.
Ślimaki też mają prawo żyć, o!
Nawet mimo tego, że Kawaler nie lubi ślimaków w akwarium,