czwartek, 31 grudnia 2015



Szubidubidu hopsa!


Juz w domku. Odzyskałam nieco sił,  czas na relację ze szpitala.

Samo usuwanie dziadostwa to PIEKŁO.
Wrosło się, nie chciało wyleźć, trzy razy przestało znieczulenie działać.
Płakałam im tam z bólu, anestezjolożka trzymała mnie za rękę przez cały zabieg (prawie godzinę). Już proponowała narkozę, ale chirurg dał magiczne hasło "kończymy".
Po wszystkim oczywiście nie mogłam liczyć na nic przeciwbólowego w ramach szpitala ;) Na szczęście zapas antybólków mam duży, a pyralgina daje radę ;)
Wieczorem wizyta. Wchodzi lekarz, pyta co tam i jak tam. Mówię mu, ze boli, ciagnie, kłuje i chuj jasny wi, co jeszcze. A on spokojnie 'no trochę musiałem poszarpać, bo sie wrosło'.
A mi to jak mlyn na wodę!
Trochę mu napyskowalam i stwierdziłam, ze nastepnym razem na salę operacyjną biorę siekierkę.
A jak wyszedl z sali to sie dowiedziałam, że to ordynator.
Tak. Napyskowalam ordynatorowi. Zdolnam ;p
Jakoś przetrwalam noc. Przychodzi wizyta. Oglądają mi ranę. Stwierdzają, ze wyglada ok i moge isc do domku.
No to wio!
Ledwo doczlapalam, ale juz leze u siebie :)
A duze cycki, nad ktorymi sa szwy to piekło.
Przy kazdym kroku robie tylko 'auc auc auc!'.
Ale bedzie dobrze :)
Szczęśliwego Nowego Roku!  :)

środa, 30 grudnia 2015



Wolność boli


Zostałam wyzwolona od portu.
Bolało jak jasny skurwysyn.
Dalej boli. Ale juz jak przybrudzony skurwysyn.
Mam nadzieję, że jutro mnie wypuszczą...
Dzisiaj urodziny Kawalera, a ja znowu spędzam je w szpitalu :(

wtorek, 29 grudnia 2015



Szczyt absurdu


Myślałam, że polska służba zdrowia już mnie niczym nie zaskoczy.
A jednak! Nigdy nie mów nigdy!

Pojechałyśmy wczoraj do Katowic, niby na chemię. Ale w sumie to raczej w celu "zróbcie coś z tym portem, bo szlag mnie już trafia".
W nocy spać nie mogłam, może zmrużyłam oko na godzinkę czy dwie. Więc w poczekalni ostro sobie spałam. Mama tylko szturchała mnie co chwilę, że chrapię ;)
Oczywiście moje wyniki krwi się opóźniały, norma. Pani doktor przyjęła mnie bez wyników.
I zgadza się ze mną, że port trzeba ciach ciach i won.
Dzwoni do chirurga, który dziadostwo zakładał. On rzecze, że skoro ropa itp. to rzeczywiście trzeba ciach ciach. Ale on teraz nie może, bo... W sali operacyjnej ma dziurę w dachu, bo mu oddział remontują! A termin zdania obiektu mają dopiero 5 stycznia.
To pani doktor smaruje mi skierowanie do MSWiA, kilka przecznic od Leszczyńskiego.
Jak już przyszły wyniki i okazały się całkiem znośne to wychodzimy ze szpitala. No i co zrobić? My tam autobusem, samochód w Żorach... No to wyjścia nie było, teleportujemy się do taksówki.
Jedziem.

Ten drugi szpital to synonim chaosu, wierzcie mi. Ludzi masa, wszyscy biegają w te i wewte. My z tymi tobołami szpitalnymi, ciężkie wszystko jak diabli. Pani z portierni, przemiła kobieta, zaprowadziła nas do chirurga.
Wielkie, przeszklone drzwi, zamknięte. I tylko malusi guziczek obok, żeby dzwonić.
To dzwonimy.
Wychodzi jakiś zmanierowany pielęgniarz wieku słusznego. Pokazuję mu skierowanie.
A on pędzi kręcąc biodrami do kolejnych drzwi, rzecze z manierą tonacyjną "Panie doktorze, a rzuci pan tu jeszcze okiem?".
Doktor rzucił okiem. "Pilnie trzeba usunąć! Toż to zagrożenie życia!"
Po czym ustala mi owy 'pilny' termin na 21 stycznia. Szybciej się rzekomo nie da.
Wychodzimy na korytarz. Dzwonię do Leszczyńskiego. Nikt nie odbiera. Raz, drugi, trzeci. W końcu ktoś odebrał. Ale mnie nie słyszał.
No i nie wytrzymałam i w płacz.
Nosz kurwa, ileż można bujać się z zakażonym portem? Od 3 listopada już błagam wszystkich o jakąkolwiek reakcję.
No nic. Mama załatwiła taksówkę.
Wracamy do Leszczyńskiego. 

Idę do gabinetu doktorki. Nie ma jej. Idę do sekretariatu. Odsyłają mnie do dyżurki lekarskiej na innym piętrze. Idę. Tam kilku lekarzy. Ustalają, że do Sosnowca jeszcze można. Doktorka każe mi wracać pod gabinet, ze zaraz przyjdzie. Siedzę pod gabinetem, wertuje internety w poszukiwaniu jakiegoś połączenia autobusowego do tego cholernego Sosnowca. Padam powoli na pysk.
Mama w końcu dzwoni po Tatuśka, coby do nas przyjechał, bo nie damy rady się bujać z tymi tobołami po innych miastach.
Dzwonię do Sosnowca, nauczona doświadczeniem. Ha! Termin na połowę stycznia, to już trochę lepiej.
Przychodzi lekarka, wchodzimy do gabinetu.
Mówię jej o Sosnowcu. To ta wyskakuje mi z, uwaga uwaga, DĄBROWĄ GÓRNICZĄ!
Mowię, że nawet nie mamy jak tam dojechać, bo autobusem jesteśmy, a ja w życiu w Dąbrowie nie byłam. To jest nowy pomysł. Zamykają mnie od dzisiaj na oddziale i czekam do piątego stycznia, aż chirurgię otworzą.
Ja znowu w płacz. Że ja nie chcę, Ostatnio leżałam trzy tygodnie ponad. Poprzednio dwa tygodnię. Ja chcę żyć. A lekarka swoje, że się o mnie boi, że to niebezpieczne i w ogóle już dawno powinnam być po usunięciu tego portu, ale ktośtam się upierał, żeby jeszcze dać mu szansę.
W tym momencie do gabinetu puka Mamuśka. Dzwoniła do Żor do szpitala, usuwają porty!
No to dostaję skierowanie do Poradni Chirurgicznej i drugie, na Oddział Chirurgiczny. Bo przez telefon kazali najpierw stawić się w poradni.

Poczekałyśmy na Tatka. Przyjechał, ładujemy się do samochodu. Ja na tylne siedzenie, od razu pozycja horyzontalna i hrrrrąąąą psiii ;)

Podjeżdżamy pod szpital w Żorach. Idziem do poradni.
Najpierw czekanie z pół godziny, aż w ogóle ktoś się pojawił. Jak się pojawił to pokazuję skierowanie, w tym czasie doczłapał do nas chirurg. Na skierowanie patrzył z odległości 3cm. Spokojnie sobie rzecze "No to chodź pani do gabinetu, wyjmę to."
My z Mamuśką spojrzenie na siebie i szok. Ręce trzęsą się mu jak na głodzie. Ledwo widzi. I chce mi grzebać w żyłach, przy zakażeniu portu, w średnio sterylnych warunkach?!
My że nie nie nie i uciekamy na Izbę Przyjęć. Rejestruję się. I czekam.
W końcu zjawia się lekarz. A nawet Lekarz, Chirurg.
Ten sam, u którego byłam w wigilie.
Popatrzył na port.
"O, widzę, że już lepiej jest!" i "Wyciachałbym to już dzisiaj, ale nie ma drugiego chirurga do asysty i tylko jeden anestezjolog się błąka po szpitalu. Wpadnie pani 30 grudnia, nie ma dużo zabiegów, bo kto się chce przed sylwestrem kroić? No, przyjdzie pani rano, na czczo, wyciachamy i popołudniu pójdzie sobie pani do domku. Tylko antybiotyk proszę dalej jeść i psikać tym, co dałem."
Da się? Da się!
KURTYNA!

sobota, 26 grudnia 2015



Pomaganie ma MOC!


Nie wspominalam Wam o wigilijnych przebojach...
No wiec zbieramy sie na kolację do rodzicow, Lucynka idzie pod prysznic. Stoję przed lustrem, a tu jak nie siknie ropą z portu!
Zrobila sie taka milimetrowa dziurka, Kawaler wpadł w panikę, jego Brat zbladł. Po telefonie do rodziców Mamuśka ma palpitacje serca, Tatusiek padł ciezko na fotel.
Jedziemy na pogotowie.
Ogląda mnie jeden lekarz, pachnący średnio przyjemnie. I daje skierowanie do szpitala na oddział chirurgiczny.
To idziem na izbę przyjęć. Po dlugiej chwili czekania na chirurga ten mi rzecze, że to dobrze, że ropa ucieka z organizmu. Dodał mi antybiotyków, przepisał jakieś tablety i psikacz na ranę i odesłał ze slowami "spokojnych świąt!".
Od tej pory ropa ciecze ze mnie niemal bez przerwy. I robi sie powoli druga dziura.
Na szczęście już w poniedziałek ląduje na onkologii.
Może teraz uznają, że jednak jest sens tego dziada usunąć?
Ale ja nie o tym chciałam.
Pisałam już, że przygarnęliśmy na Święta Brata Kawalera. Rozstał się z kobietą i wylądował w takich warunkach, że o ja pierdziu. Bez kasy, bez ubrań (poza tymi, co na grzbiecie miał), bez żarcia. No dosłownie wyrzuciła go z domu bez niczego.
No to sciagnelismy go do nas, nakarmilismy, zrobiliśmy mu zakupy, wyciagneliśmy z szafy ubrania Kawalera, w które ten już nie wchodzi. Spakowaliśmy jedzonko do słoików.
Pokazaliśmy, że da się z kazdej sytuacji jakoś wybrnąć.
Chlopaki są już w drodze powrotnej do lokum Brata (bo ciezko to mieszkaniem nazwac).
A ja siedzę dumna i szczesliwa.
W końcu mogliśmy jakoś pomóc. W końcu cos daliśmy, a nie dostaliśmy.
Może i nie mamy zbyt wiele, ale jaką radość daje dzielenie się tym, co się ma!
Serce moje ukojone. I spokojne.
I szczesliwie mi tak.
A usłyszeć od Mamy, że dobrze mnie wychowała i jest z nas dumna - bezcenne!  :)

piątek, 25 grudnia 2015



Hold on!


No to siedzę sobie sama w domu. Panowie wybyli na spacer, na cmentarz, celem zapalenia zniczy. Nie będę im się pchać w wędrówki rodzinne, o!

Siedzę. Dręczę sąsiadów Kornem.
Bo ja taka niedobra, niepokorna jestem. 
Muzyka ma wiele rodzajów.
Są piosenki. 
Są utwory.
I są hymny.
Przedstawiam Wam mój osobisty hymn:



Hold on, be strong!


Oooo... Sąsiadka przyszła na skargę.
Upierdliwe babsko. Nawet nie zdążyłam skończyć swojego hymnu słuchać...
Jak wrócą moi Panowie to dopiero jej pokażemy, co nasze głośniki potrafią <333

czwartek, 24 grudnia 2015



Wszego ciepłego!


Miał byc długi post. Ale nie ma takiej konieczności, gdyż człowiekowi do życia i szczęścia niewiele jest potrzebne.
Życzę Wam, moi Drodzy, dużo magii na Święta, rodzinnego, pelnego ciepła, wspomnień i bezpieczeństwa domu, wypełnionego ludźmi, którzy szczerze Was kochają. Życzę Wam radości, optymizmu, siły i uporu, a także wiary w siebie i swoje marzenia.
No i, jak zawsze, życzę Wam zdrowia. Bo, jak to mawiam, jeśli macie zdrowie i miłość to wszystko inne w życiu da się zmienić :)
Dziękuję też, w imieniu swoim, Kawalera i Rodzicowatych, za okazane nam wsparcie, wszystkie dobre slowa, za siłę, którą nam dajecie. No i za kasę też dziękujemy. Chociaż tak głupio trochę raczyć Was zwykłym 'dziękuję', gdy daliście nam spokojne Święta. A to bardzo, bardzo dużo :)
Dzięki też za maile, listy, wiadomości i smsy. W życiu bym się nie spodziewała, że zwykłym grafomaństwem stosowanym wywrę tak ogromny wpływ na tak wielką i cudowną rzeszę Czytaczy :)
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że Was nie znam! Ale Wy znacie mnie. Taki jakiś dziwny dysonans :D
Pamiętajcie, że Was kocham, wspieram we wszystkich pomysłach i... Chcę dalej dawać Wam siłę do walki z rzeczywistością!  :)
A teraz idę się rodzinnie świętoszyć. Przygarnęliśmy na Święta brata Kawalera, coby sam nie siedział. I idziemy razem do Rodzicowatych na Wigilię :) Trzeba się odpiepszyć, coby pasować do pierścionka zaręczynowego ;)))

środa, 23 grudnia 2015



wtorek, 22 grudnia 2015



piątek, 18 grudnia 2015



Mycie okien dla osób szanujacych swój czas ;)


Ja bardzo szanuję swój czas. I siły. A okna czasem umyć trzeba. Metoda?
Spryskujesz okna i ramy odtluszczaczem. Wycierasz szmatką. W butelce z atomizerem rozrabiasz wodę z octem. Bardzo obficie spryskujesz szyby.  Sciagaczką pozbywasz się nadmiaru wody. Papierowym ręcznikiem polerujesz.
Tadadaaa!
Piętnaście minut później pijesz kawkę przy ulubionym serialu ;)
Miłych porządków!

czwartek, 17 grudnia 2015



Co ja robię tu, uuuuu..!


Zakupy.
Nigdy nie dowiem się chyba, na co ludziom na Święta piętnaście kilo cukru i dwajścia siedem słoików majonezu.
W naszym koszyku ledwie dno przykryte.
Ale kolejka obowiązuje świąteczna. Ha!

Muszę się nauczyć korzystać z kas pierwszeństwa.
Gupio trochę.
Bo nie jeżdżę na wózku, w ciąży nie jestem, nawet włosy posiadam.
Nie widać po mnie nic a nic, a jadę na resztce sił witalnych.
I kręgosłup robi buntu-bunt.

A w kuchni się popierniczyło.
W sensie - pachnie piernikiem <3


wtorek, 15 grudnia 2015



Boję się otworzyć lodówkę.


Grudzień rządzi się własnymi prawami.
Rodzice mieli wypadek samochodowy. Nic nikomu się nie stało, na szczęście. Ale grudzień znowu pokazał, na co go stać.
Mam pomysł na przetrwanie tego przekletego miesiąca.
Owine się folią bombelkową i nie będę wychodzić z łóżka, o!


Keep calm and nie drap!


Chemobrain to podstępna sucz.
Próba wypisywania papierków i dokumentów to wyższa szkoła jazdy. Potrzebuję trzy razy więcej kopii niż gotowych, poprawnie wypełnionych wniosków.
A to się zagapię i napiszę zły adres na kopercie.
A to wsadzę nie to zamówienie do nie tej koperty.
A prezent dla przyjaciółki pomylę ze wzorami na bransoletki.
Nie ogarniam.
Do tego okulary na nosie ewidentnie mnie wkurzają.

Jak tu żyć?

A port znowu się pierdoli.
Powinni mi przepisać leki uspakajające. A na noc zakładać kaftan bezpieczeństwa.
Bo, przysięgam, pewnej nocy nie wytrzymam z bólu i swędzenia, i wezmę skurwiela wydrapię.
Jak nie chcą mi go usunąć operacyjnie to sama sobie poradzę. Łyżką lub pazurami, o!

sobota, 12 grudnia 2015



piątek, 11 grudnia 2015



Sprawiedliwości!


Osobki chore na raka powinny być objęte amnestią grypową.
Cherlu cherl.
A te wczorajsze cyrki pod Pałacem Prezydenckim mnie przerazaja.
'Wiedziałam, że tak bedzie'.
Jednak miałam czelność łudzić się, że będzie inaczej.
Kaczyński, bohater narodowy. Należy go czcić gdyż... Zginął.
Jak miliardy osób przed nim i po nim.

wtorek, 8 grudnia 2015



Syndrom pierwszej nocy

Na początek informacja ważna: sypie mi się Messanger. Wiadomości do mnie dochodzą, ale albo z opóźnieniem, albo bez powiadomienia, że coś przyszło. A że mam tam dość spory ruch to proszę o cierpliwość - na wszystkie wiadomości w końcu odpiszę :)


No i jestem w domu.
Nie zmieniło się tu nic. No... Może tylko pod moją nieobecność zaginęło kilka pudełek z koralikami (tzw. Sprzątanie wg Kawalera - ciekawe, w której szafie to wszystko poupychal ;)).
No i można chodzić na boso, bo owe szklane ustrojstwa nie wbijają się w pięty przy każdym kroku (ale już niedługo się taki stan utrzyma! :D)
Gacuś przytył. Zrobił się kolosalny. Wielki!
Zaś Ciema... No cóż. Przez owe trzy tygodnie z hakiem nabrała ciała. I zmieniła sierść na dorosłą.
Już nie jest gibka i wiotka, a przy tym elastycznie misiowata.
Jest twarda, mocna, silna.
Ale teskniła za mną strasznie. O ile tym razem Gacek rzucił fochem i do mnie nie podchodzi, to Ciemka nie opuszcza mnie na krok :)
Pożegnanie ze wspollokatorkami z sali wyszło dość łzawo.
Jeszcze nigdy nie trafiła mi się tak zgrana ekipa na sali!
Powitanie z tatą, którego nie widziałam kilkanaście dni, też wyszło sentymentalnie.
Zrobił rabanu na pół szpitala, bo nie umiał mnie znaleźć. Chodził, nawoływał, biegał od sali do sali. A ja nie wpadłam na to, że zamiast jechać windą ogolnodostepną... Skorzysta z takiej dla personelu :D I się troszkę pogubiliśmy ;)
Na nasz widok pani psycholog zaszklily się oczka. Stwierdziła, że jesteśmy uroczy :)
A teraz mam syndrom nocy pierwszej.
Zawsze wygląda tak samo - czy to pierwsza noc w szpitalu, czy po powrocie z niego do domu.
Nie umiem zasnąć. Za dużo emocji.
Wszystko boli. Wszystko nie daje spokoju.
Ale, jednak, wolę mieć się w kogo wtulić w tym ciężkim czasie.
Kawaler chrapie słodko.
Bogowie, jak ja Go kocham.

poniedziałek, 7 grudnia 2015



Jutro


Wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę wychodzę!
Jutro!
A przynajmniej takie plotki chadzają po oddziale. Idę je ponakręcać!

niedziela, 6 grudnia 2015



My wieziemy świerk zielony...


Pani Kasia (współlokatorka) wparowuje na salę z naręczem gałązków.
- No staje przy ogrodzeniu, a tam taaaka piękna choinka! Wychylam się, męczę się żeby zerwać gałązkę, a tu kuźwa policja podjeżdża! No i mi mówią, że nie wolno zrywać. A ja im mówię, że żałują ludziom na oddziale onkologicznym głupiej zielonej gałązki! No i zrobiło mu się tak głupio, że sam mi jeszcze jedną zerwał, hehe.
Kilka godzin później pani Kasia wraca z garstką bombek. 'Pożyczyła' z oddzialowej choinki.
Coś czuję, że jutro na dzień dobry zobaczę, jak pani Kasia ciągnie całe drzewko na oddział. I pewnie będzie jej przy tym pomagał policjant ;)
Zdolna kobieta.
Z pomarańczy zrobiła świecznik. A z butelki i folii aluminiowej dzbanek.
Ja z kamyków i opakowań po czekoladach wygenerowałam kilka mini bombek...
No i w ten sposób mamy w pokoju stroik :)))
A kolędy w radiu brzmią strasznie pesymistycznie, gdy się lezakuje w szpitalu.

sobota, 5 grudnia 2015



piątek, 4 grudnia 2015



No i znowuż, grudniowa mało zabawna zabawa...


Zmuszonam.
Przymuszonam.
Szukam wyjścia z sytuacji, a póki co...
Za namową Anuka i z jej ogromnym wsparciem (kocham Cie, Mała!) powstała ta oto zrzutka:
https://zrzutka.pl/5rwv7t

Wolałabym na te pieniądze uczciwie zapracować, ale leżąc w szpitalu nie mam najmniejszej możliwości, aby to uczynić :(

Pomóżcie, podawajcie dalej...
Nie po to wszyscy razem walczymy z moim przebrzydłym rakiem, żeby pokonała nas szara rzeczywistość!

Ogromnie dziękuję za każde miłe słowa, za wsparcie psychiczne i finansowe.
Ogromnie wiele to dla mnie znaczy!


Grudniowe przekleństwo.


Zeszłoroczny grudzień był przejebany.
Ten ma apiracje, aby go przebić.
Ja już trzy tygodnie w szpitalu. I nie wiadomo, kiedy wyjdę.
Port do usunięcia.
TK rzecze, że niby jakaś gigantyczna torbiel siadła mi na jajnik.
Poza tym, porównując wyniki do lutego, mamy stabilizację.
A już przecie wiecie, że mnie to wcale nie satysfakcjonuje...
I martwią mnie powiększone węzły chłonne przy nerkach i sercu.
Mama jest po dwóch komisjach lekarskich, stara się o rentę. ZUS nie odpowiada. Czyli kasy jakiejkolwiek zero.
Tata znowu zapalenie nerek.
A do tego jego zakład pracy ogłosił upadłość.
Całe szczęście w nieszczęściu, że jest na L4 i mamy trochę czasu na reakcję.
Jak nic nie wykombinujemy to nie wiem, z czego się utrzymają.
Nie umiem się zebrać do kupy.
Płakać mi się chce... A juz nawet do tego nie mam siły :(

środa, 2 grudnia 2015



Wojna o klop

Dziwnie skonstruowane są tu sale. Leżymy u nas w czwórkę, na sali obok też czwórka. I mamy wspólną łazienkę.


Codziennie odchodzi jakaś batalia śmieszna.
Albo sąsiedzi mają pretensje, że zamykamy drzwi do łazienki na kluczyk.
Albo, gdy nie zamkniemy, włażą bez pukania.
Albo pukają co pół minuty (jeśli ktoś sądzi, że się pod presją szybciej wysram to się gruuubo myli!).
Ale dzisiaj to już apogeum!
Wchodzi na salę pielęgniarka. Konspiracyjnie zamyka drzwi na salę.
Aż zaciekawiona wyjęłam swój świat z uszu (w sensie - słuchawki).
A ona do nas, żebyśmy nie paliły w kiblu, bo babce na sali obok to przeszkadza i zaczyna się dusić.
I patrzy na nas, lustruje.
Ja zakopana w pościeli z książką ('Kosciany Galeon' Piekary! Kawaler mi sprezentował, zupełnie niespodziankowo!) i muzyką (Marylin Manson i jego nowy 'Pale Imperator', yummy!).
Pani Halinka jedną nogą wstała, ale drugą jeszcze śpi. Trochę zaplątała się w wężyk od tlenu.
Pani Kasia na środku pokoju w kurtce i dwoma torbami zakupów w rękach.
Pani Krystyna zamarła ze sledziem zatkniętym na widelcu jakieś 2cm od ust.
Pielęgniarka zmieszana i zaintrygowana. Bo 'Ej, ale u Was nie śmierdzi! To one palą!'.
Oto metoda na zgonienie winy na niewinnych - zajaraj w kiblu i zgłoś heartzklekoty spowodowane smrodem tytoniu dobiegajacym z sali obok ;)))
A co do książeczki.
W niedzielę przyjechał Kawaler. Przywiózł mi trochu ubrań, strawę i osiemdziesiąt kiligramów mojego ukochanego ciałka do tulania.
Posiedział chwilkę, pojechał.
Panie na sali zachwycone, jak my się kochamy, jakie ciepło od nas bije i jak do siebie pasujemy. I nawijka, jaki to on przystojny, zaradny, pracowity i opiekuńczy. Wtem wstaje w drzwiach. A ledwo godzinę wcześniej pojechał!
I daje mi torbę z książką :D
Tak się cieszylam, że aż ręce mi drżały :D
Tak, wrócił się do domu, do Żor. Pojechał na zakupy, dorwał książkę i... Przyjechał znowu do Katowic :)))
Mój mistrz niespodzianek :)))

wtorek, 1 grudnia 2015



Chcesz pomóc? Kliknij!

Raczysko strasznie finansożerne jest.
A i zwykłe, ludzkie kłopoty potrafią nas dopaść.
Jakby z alienem było mało zabawy...
Co zrobić?


PRZEKAŻ 1% PODATKU

KRS: 0000298237
z dopiskiem: dla Lucyny Polaków
:

WPŁATA NA KONTO W FUNDACJI


32 1940 1076 3045 2145 0003 0000
Fundacja "Gwiazda Nadziei"
ul. H. Dąbrowskiego 22; 40-032 Katowice

z dopiskiem: dla Lucyny Polaków



Nie oszukujmy się - lekarstwa i suplementy diety, dojazdy do szpitala, przebywanie w tym szpitalu, zdrowe odżywianie, codzienne udogodnienia dla osoby niepełnosprawnej (a jestem nią, kwa jego mać, niestety) to koszt dużo większy, niż tryb życia zdrowego człowieka.

Dodatkowo wpadają przeszkody.
A to ZUS przebrzydły nie chce mamie renty przyznać.
A to zakład pracy taty ogłasza upadłość.
A to odzywa się komornik, aby odebrać należność kogoś z rodziny sprzed wielu, wielu lat.
A to Lucynka przytyje i nie ma co na swój ogromny zad założyć.
A to samochód przy próbie odpalenia mówi "Basta!".
A halucynogenna leży w szpitalu, odbiera telefony, i wpada w głęboką konsternację.

Ale dzięki Wam czasami jest zwyczajnie... spokojnie :)))

DZIĘKUJĘ!



Szok


'To pani chce się leczyć czy nie?!'
Hasło naczelnej lekarki, pani T. (uciekajcie, gdy tylko usłyszycie jej nazwisko!).
Moje dwajścia dziewięć wessanych chemii, czyli siedemdziesiąt kroplówek, przeca wyraźnie świadczy o tym, że nie!
O co poszło?
Mój port jest do usunięcia. A wypadałoby założyć nowy.
Ja mówię, że to nie ma sensu. Że mój organizm i tak go wypcha, a w ogóle to po drugiej stronie mam tatuaż i nie mam ochoty się oszpecać na całe życie dla trzech chemii.
No to pani T. się zirytowała. Wywołując powszechne oburzenie wśród jedenastu osób zgromadzonych w sali podczas wizyty.
Przecież są wklucia centralne, a od biedy można wenflonem spróbować.
Nikt nie ma prawa wymuszać na mnie jakiejkolwiek decyzji!
Nie? A jednak!

Ale ja wiem o co chodzi.
Każdy wie o co chodzi.
Bo jak nie wiadomo o co, to wiadomo o co.

Na szczęście po chwili na salę wróciła doktor C. Załagodziła sytuację.
Porozmawiała na spokojnie.
Ustaliłyśmy schemat działania.
Dało się? Dało.

Bogowie, jak ja tęsknię za dr. Kowalczykiem!
Ledwo minął tydzień odkąd przeniósł się na Ceglaną, a już na Raciborskiej rządzi chaos i żądza pieniądza.
Straszne.