poniedziałek, 12 października 2015



Wszystko na raz


Idzie jesień.
Wróć.
Jesień idzie, ale w pizdu. Za oknem pada śnieg.
A u mnie jesienna niedeprecha.
Siedzieliśmy sobie z Kawalerem nad rachunkami, w weekend zrobiliśmy zakupy, a wczoraj wieczorem się smialiśmy.
Z czego?
Zostały nam trzy stówki, z tego dwie na karcie kredytowej, do dziesiątego listopada.
O dziwo! Żadne z nas nie rozpacza, nie panikuje, śmiejemy się tylko.
W zamrażarce mam z osiem kilo mięsa, w komórce z dwadzieścia kilogramów ziemniaków, kilkanaście słoików z przetworami... Z głodu nie umrzemy :-D
Na szczęście jest jeszcze szansa na zwrot kosztów leczenia z Fundacji.
Tragedii nie ma.
Bo jesteśMY.
MY.
Najważniejsza jednostka na świecie :-)
Pogodnie.
Ciepło.
Jest nadzieja na wygrzebanie się z długów.
I, w końcu!, Kawaler przyznał mi rację - lepiej kupić domek niż mieszkanie :)
Ale to jeszcze z pięć lat, zanim się stanie.
A ja już się cieszę!
Będę miała swoją marchewkę! :-D
Chce mi się znowu wszystkiego.
I nie wiem, czy iść powyszywać czy poklepać kolczyki ;-)