poniedziałek, 30 marca 2015

Zrób to sam!

Minął weekend. Upłynął pod znakiem domowania się, spotykania, oglądania i sprzątania. A także konstruowania :)

Odkąd zabrałam się za kurodomowanie marzyłam o jakimś przyprawniku. Bo ja jestem bardzo aromatolubna i wrzucam tonę przypraw do każdego dania ;) Budżet mam nieco okrojony, ale potrzeba matką wynalazku!
Już dłuższy czas zbierałam słoiczki po malutkich koncentratach. Sumiennie oklejałam je fragmentami opakowań i w ciągu roku stałam się właścicielką dwudziestu słoiczków, które zajomowały strasznie dużo przestrzeni szafkowej. Do tego ciężko było znaleźć właściwy słoiczek. Więc pewnej bezsennej nocy wymyśliłam patent!
Z pomocą kawałka panela podłogowego, dwudziestu podkładek, dwudziestu wkrętów i czterech opakowań gumek do warkoczyków powstało to:



Nie dość, że estetyczne to jeszcze diabli praktyczne :) Koszt wieszaczka - niecałe cztery złote :D

W niedzielę zjedliśmy obiadek z Tatuśkowatym. Był w szoku, że jego córeczka w końcu nauczyła się gotować :))) Serio serio! Idzie mi już całkiem sprawnie. I coraz mniej przy gotowaniu brudzę :)

Wizja zostania kurą domową niegdyś przerażała mnie samą możliwością zaistnienia. Ale teraz, po niemal roku siedzenia w domu stwierdzam, że... że to jest całkiem przyjemne!
Mam wspaniałego chłopa, który rozumie, że czasami mi się nie chce, że nie mam ochoty, że nie mam siły. Sam też potrafi zakasać rękawy i wziąć się do roboty. W takiej konstelacji prowadzenie domu to (niemal) czysta przyjemność :)

A teraz wybaczcie, zmykam do rozwiązywania zagadek logicznych pod tytułem "roczne rozliczenie", czyli pity. Honor szarpie się na smyczy, bo dziwnie jest oddawać 1% podatku na samą siebie. No ale... No. Życzcie mi powodzenia ;)

czwartek, 26 marca 2015

Wstałam z rana gotowa do działania!

Zostałam wczoraj wyprowadzona na spacera (może i po supermarkecie, z kilogramami mięcha i przyprawów w koszyku, ale jednak!). Morale skoczyły mi po tym tak (wiosna! wiosna w powietrzu, moi Mili!), że dzisiaj oderwałam swój wywłok z wyra już przed siódmą, kawa nie zdążyła nawet wystygnąć, a tu już w pralce tancują wyszywanki, gotując się na oprawienie. W końcu!


Głupio mi czasem okropnie, że bywam bez energii nawet do dłubania w kanwie. A do oprawiania trzeba dużo więcej samozaparcia, niż nawet do umycia garów. Ale już już, żabki, krokusik i metryczka moczą swoje wątki i osnowy, zaraz będę prasić, a potem kleić i ozdabiać, niah niah niah! I już koniec zamówień na najbliższy czas. Uuuulga!
Nie lubię wyszywać na zamówienie. Nie ma w tym miejsca na moje widzi-mi-się-o-to-to!, za to sporo miejsca na myślenie o tym, o czym Absolutnie Nie Wolno Gdybać (a takie tam egzystencjonalne problemy rzekomo śmiertelnie chorej dwudziestolatki).
Ale nic to.

Afterparty wczoraj zaszalało nieskomplikowanym "rzyg w mig". I dobrze, bo brak efektów ubocznych chemii powoduje niezdrowe myślenie pod tytułem "nie działa, kwa jego mać". Ale działa. Nogi plącze, ściany zbliża, zmusza do pokłonu przed Królem Klopem, więc jest dobrze. Dobrze, gdy nie za dobrze, jak to mawia Brzydula. Bardzo dobrze!

Ale dzisiaj miało być o czymś innym. Historie z cyklu "z życia wzięte".

Ładujem z Jeszcze Kawalerem zakupy do bagażnika, nieco piździ, nieco wieje. Z nienacka atakuje nas pan o kuli i ochrypłym głosie. Robiąc minę "jestem ciężko chory" zagaja, miętoląc w ustach kiepa:
- Dobry wieczór, przepraszam, że przeszkadzam, ale czy wsparli by mnie państwo finansowo, bo jestem ciężko chory, mam raka...
W łysicy (wówczas jeszcze kudłatej), zawrzało:
- Ja też, i?
Skulił się pan w sobie i odczłapał. A mnie naszło pińcet myśli: "czemu się nie leczy?" (po chemii albo radio nie byłby w stanie ustać w pionie, wierzcie mi, to jest niemożliwe!), "dlaczego zajeżdża od niego wódą?", "JAK ŚMIE TWIERDZIĆ, ŻE JEST CHORY?!". Zastanowiłam się chwilę nad ludzką głupotą, wizerunkiem chorego w umysłach społeczeństwa oraz kuszeniem losu (wierzę w moc sprawczą słów, odkąd Mamuśkowata niechcący palnęła kolesiowi swoją wolę o drzewie wyrastającym przed jego samochodem - nomen omen, zginął kilka dni później - zgadnijcie jak).
Kołysana burczeniem silnika zostałam odtransportowana do domu. W samochodzie śmierdziało wkurwem i irytem (wkurw - paliwo napędzające wszechświat do działania; iryt - kamień szlachetny patronujący lisicom).

Stuka i puka mi ktoś nachalnie do drzwi. Wyciąga mnie z łóżka, więc wróżę mu rychłą śmierć z powodu przeciążenia spojrzeniem wkurzonej Lucyniastej. Otwieram, starając się obudzić chociaż z dwie szare komórki (jedna po to, aby się nie poszczać na środku przedpokoju, druga, aby móc wysłuchać petenta). Otwieram, w drzwiach pani. Skromnie ubrana, z puszką w łapce, z jakimś dziwnym inifififikatorem na szyi. Zaczyna.
- Dzień dobry. Mój mąż jest ciężko chory, zbieram środki na... (wyłączenie się jednej szarej komórki) ...czy byłaby w stanie pani nas wesprzeć.
Zatrybiam powoli. Inifififikator = jakaś fundacja. Wspomnę, że był to grudzień. Chyba jeszcze pamiętacie, co się u mnie działo w tym czasie? Środków pieniężnych brak. Zupełny brak. Ogarniając trzecią budzącą się komórkę, zaczynam:
- Nie mogę pani pomóc finansowo, ale... z jakiej fundacji pani jest? Roześlę wśród znajomych wieść, dobrych mam znajomych, pomogą...
- Ale ja nie jestem w żadnej fundacji!
Zgrzyt. Inifififikator. Zgrzyt. Zgrzyt. Trzask drzwiami jej przed nosem. Oszustom mówimy "nie".
Mamuśkowatą owa pani również nawiedziła. Moja rodzicielka wykazała się większą cierpliwością i wyciągnęła od niej więcej informacji. Była w fundacji, ale się wkurzyła, bo zażądali od niej pita za zeszły rok, a w ogóle to na wszystko musiała brać faktury i nawet, okropni!, nie chcieli jej dać kasy na krzywy pysk! Do tego kobitka z miejscowości położonej pięćdziesiąt kilometrów od nas.
Czy nie lepiej byłoby, gdyby wzięła garść ulotków, gazetków reklamowych i poroznosiła, uczciwie zarabiając, niż łażąc po domach i żebrząc bez uprawnień do tego?
Zero szacunku do samej siebie...

W takich sytuacjach przestaję się dziwić, że ludzie reagują alergicznie na chorych. Wiedzą. Są mniej naiwni ode mnie. Bo ja, przyznać się muszę, zwykle w takich sytuacjach po prostu wyskakiwałam z drobnych bądź z zapasów w lodówce.
Naiwna, oj, naiwna.
A tak mi się dobrze żyło ze świadomością, że działam w słusznej sprawie!
Tak lubiłam pomagać potrzebującym!
A tu tak łatwo dać się naciagnąć.

A w ogóle ostatnio dzwoni do mnie pani z WWF. To ci od ratowania rzadkich gatunków zwierząt.
W starych, dobrych czasach, mieli ode mnie stałe zlecenie przelewu. Ratowałam wilki, pszczoły, rysie, tygryski i orzełki. Dzwoni do mnie pani. Co się stalo, że przestałam ich wspierać? Wyobrażała sobie chyba, że nagle zaczęłam latać w naturalnych futrach. Opowiedziałam pokrótce o mojej sytuacji. Kobietkę wcięło. Ale powiedziała jedno zdanie, które sprawdza się u mnie od początku choroby.
- Strasznie mi przykro, ale wierzę, że dobro powraca. Zdrowia życzę!
I nagle świat na ułamek sekundy zadźwięczał dziękczynnym szelestem pszczelich skrzydełek.
Wraca. Widzę to każdego dnia.

środa, 25 marca 2015

Nowy wymiar rzeczywistości


Zdradzę Wam tajemnicę.
Łyżeczki smakują metalem. Zimne, nieprzyjazne. Nie lubię smaku metalu. Srebro jest nieco bardziej przystępne, ale tylko nieco.

Mój kawowy kubeczek, niebieski z malowanymi ręcznie owieczkami (dzieło Martynki ze studiów) smakuje też dość intensywnie, nie umiem się skupić na aromacie kawy, bo przebija się przez niego dziwny zapach rozpuszczalnika (!!!).
Za to porcelana jest wyśmienita. Kubeczek od Agusi smakuje rewelacyjnie! Siedzę i go wylizuję i wącham i... i wyglądam jak pacjent szpitala psychiatrycznego.
Owsianka smakuje jakąś zieleniną, wyraźnie też czuję w niej mąkę. Mąka pachnie latem.
A w całym domu czuję zapach drewna. I kurzu. Ale to się wytnie ;)
Z dokładnością lasera wyczuwam, kiedy koty grzebały w doniczkach. I nawet czuję, gdy w kuchni włączony jest gaz. Woda zajeżdża glonami i rybami.
Rzeczywistość nabrała nowego wymiaru!
Lubię mój nowy nos, lubię!
Zaraz zrobię test perfum, moich ukochanych. Zabawne, ale jest to "Alien" Muglera. Już się boję... Bo czuję na sobie jeszcze żel pod prysznic z wczorajszej kąpieli. Ale kto nie ryzykuje, ten ginie!

Koty uwielbiają kocimiętkę. Zasiałam takową kilka dni temu. Ledwo wykiełkowała, a już zaliczyła lądowanie na ziemi. Koty wyczuły ;)

A w ogóle to kilka dni temu zmarł mój ukochany pisarz. Nie miałam nawet czasu na chwilkę zadumy nad jego odejściem. Niby osoba obca, ale tak bardzo bliska! Świat bez Pratchetta? Dziwnie to brzmi.
Mam nawet sekretny zeszycik, gdzie z pasją maniaka spisuję co ciekawsze cytaty Mistrza. Uwielbiam.

"Najważniejsze we wspomnieniach jest to, żeby mieć się gdzie zatrzymać i tam je wspominać."

"Jeśli nienormalne trwa dostatecznie długo, staje się normalnym."

"Nieważne, jak daleko by człowiek uciekł, zawsze sam siebie dogoni."

A w ogóle dzisiaj notka miała być o czymś innym. Ale jakoś wena wyPratchettowała. Idę czytać Świat Dysku, o!

wtorek, 24 marca 2015

Wiosenniście - trolle budzą się do życia ;)


Wędruję sobie po domku i chłonę, chłonę, chłonę!
Słonko za oknem, miłą gładkość paneli pod stopami.
I poznaję dogłębnie krainę naszych domowych zapachów.
Żel pod prysznic NibyMęża (od pięciu godzin czuję go, jakby siedział obok mnie!), kiełkującą rzeżuchę w przedpokoju (jakieś siedem metrów ode mnie), jogurt truskawkowy stojący na stole... Węch wyostrzył mi się strasznie. I wcale mi nie jest z tym źle :)

Cieszę się okropnie, że na początku leczenia dostałam cisplatyną. Teraz wszystko, co się ze mną dzieje, wydaje mi się tak przyjemnie delikatne! Nic mnie nie boli, nic!
Jedynie po wczorajszej lekcji latania coś strzyknęło w kręgosłupie i bardzo pilnie musiałam się ratować tramalem.
A lekcja latania wyglądała tak:
Idę sobie, standardowo wycieram szlak między kanapą i lodówką. Nagle wpadło mi do głowy, że mam trzy nogi. I zamiast iść prawa-lewa, zachciałam iść prawa-lewa-dodatkowa. O braku nóżki dodatkowej przypomniałam sobie w locie, podziwiając moje cudne kapcie (różowe psiaki z mega uszami). Wylądowałam nawet miękko. I śmiałam się z siebie chyba z godzinę ;)

Mamuśkowata regularnie karmi mnie zdjęciami ze Szczawnicy (czy gdzie tam Tatuśkowaty ją wywiózł). I też kcem. Widoków, powietrza, wolności. Cem!

Zdumiewa mnie czasem ludzkie okrucieństwo.
Docierają do mnie tylko strzępki informacji, a i tak wystarczy.
"Ona jeszcze w ogóle żyje?"
(Jakbym nie żyła, to byś wiedziała pierwsza. Duchy bywają upierdliwe.)
"Ale się spasła!"
(Tak, to była moja świadoma decyzja! Siedzę jak księżniczka i żrem. Bo uwielbiam wyglądać jak wieloryb.)
"Za dobrze wygląda jak na chorą"
(Ładnemu nawet z rakiem do twarzy, hiehiehie.)
"Skoro im tak źle to niech samochód sprzedadzą!"
(A na chemię to piechotką, czterdziesta kilometrów. Już biegnę. Dotrę akurat na drugiego kwietnia.)
"Niech idzie żebrać pod kościół."
(Chętnie, ale kościół troszkę za daleko. Ale i to bym zrobiła, gdyby było trzeba. Zrobię wszystko, aby się wyleczyć.)
"Wymyśliła sobie chorobę, aby mieć o czym pisać."
(No nic tylko zazdrościć mi wyobraźni, zazdrościć.)
I tym podobne i tak dalej i dalej i dalej.
Jak tak bardzo zazdrościcie to zapraszam do wymiany. Chętnie oddam aliena. Nawet dopłacę.
Zawiść to strasznie wredna choroba psychiczna. I zupełnie bezowocna.

Anuczek po operacji. Ślemy dużo dobrej energii! Słyszycie? Ślemy jej dużo pozytywnej energii!

A ja sobie czekam na Agusię. Niech w końcu wraca do kraju. Obiecała wyprowadzić mnie na spacer!

poniedziałek, 23 marca 2015

Ile Lucynków jest konieczne do ogarnięcia mieszkania? (czyli afterparty dzień drugi)


Wstałam. Wypiłam kawę. Kilka minut temu wstałam po raz drugi. I staram się nie zasnąć.
Budzenie się to niezbyt przyjemna część życia, więc nie wiem, czemu sama się katuję wielokrotnym zmuszaniem się do wyciągnięcia zada z łóżka i rozklejenia sklejonych powiek. Masochizm stosowany. Albo wielka, ogromna miłość do spania.
Dla miłości warto cierpieć ;)

Mamusiowata właśnie jest w drodze do sanatorium. Wredny ZUS postanowił nas od siebie odizolować na najbliższe trzy tygodnie (wredni, w święta!). Zostałam sama na włościach, bez pomocy i codziennych zakupów teleportujących się w torbie Mamuśkowatej prosto do mojej kuchni. Chwila prawdy, czy ogarniam wystarczająco rzeczywistość. Tylko czemu tak długa chwila, hm?
Rozpoczynam strajk, o! ;)

Skończyliśmy remont przedpokoju. A mój Kawaler postanowił coś jeszcze popsuć w domku, więc wczoraj cały dzień przesuwał mnie razem z kanapą z miejsca na miejsce. i tak oto powstało przemeblowanie w dużym pokoju. I mam nowe centrum zarządzania wszechświatem, ha! W moim nowym kącie dogorywania, przysypiania i generowania bałaganu jest nawet zasięg... dziwne ;)

A teraz mentalny mętlik i zapętlenie obowiązków. Dużo brudnych garów, dużo prania do wstawienia, do wypakowania graty z remontu, kurze do wytarcia po remoncie, obiad do ugotowania, zakupy do zrobienia, rękodzielnicze przydasie do uporządkowania, książki do czyszczenia, nakrycia do wyprania, lustra do umycia, pranie do złożenia. A ja jestem tylko jedna, jedna jedyna i mam tylko dwie, do tego spuchnięte, łapki. A burdel w oczy kole!
Dużo Lucynków potrzebnych do ogarnięcia!
A jedną Lucynkę samą trzeba ogarnąć, mocnym "pac" w tył łysej łepetynki. Bo znowu przysypiam.

A afterparty troszkę się rozkręciło. Zgłębiam krainę wyostrzonego węchu.
Słabiutkam. Ale nie jest źle :)

niedziela, 22 marca 2015

sobota, 21 marca 2015

Łysicowe prawdy i afterparty

Ha! Ja już w domciu :) Połączenie Fu z LV okazało się, jak na razie, być przyjemnością w porównaniu z cisplatyną gemzarowatą. Zero bełtów, mdłości, omdleń, osłabienia, uderzeń gorąca, potów czy dziwnych bóli w kościach. Jak na razie bardzo mi się podoba :) Dopiero za kilka dni uzyskam pełen obraz sytuacji, ale póki co, zadowolonam :) Dodatkowo na noc miałam super zmianę pielęgniarek, zachwycały się moim tatuażem z feniksem. I wytłumaczyłam, czemu nie chce portu - na obu obojczykach chcę mieć dziarki bliźniacze - na lewym już mam feniksa, na prawym będzie smoczek. I port za chuja tu nie pasuje ;P

W ogóle przestałam się przejmować kwestią "Jak to będzie wyglądać na starość?". Życie jest za krótkie na takie debaty. A jak tylko ustrojstwo ze mnie zejdzie to dziaram na karku wielkie V. Jak Victoria! :D
Pierwsza kroplowa leciała 29h, druga zaledwie 15... Chociaż powinna 22. Troszkę dłonie mi napuchły po wentylkach, ale nie takie rzeczy po chemii... ;) Tylko smak zagubiłam. Jedynie chrupki serowe Bingo jak na razie czymś smakują. Wieloletnia fanka Bingo pozdrawia Otmuchów!
Już rano Grażynka mnie złapała, czy wszo ze mną ok. A cichosza ma buziaka za czujność odnośnie nowych notek ;P Pani Aldonko, o Pani też pamiętam! Tylko sił brak na opanowanie skrzynki mailowej ;)
A w ogóle to dziękuję Wam wszystkim za mega wsparcie, ponad tysiąc odwiedzin na blogu dziennie i w ogóle za wsio!

Zdjęcie w oczekiwaniu na karocę z Jeszcze Kawalerem na pokładzie :)))

Zdradzę Wam tajemnicę. Rakowcy nie noszą czapek czy chustek, bo się wstydzą. Albo żeby nie urażać niczyich odczuć estetycznych.
Po prostu nam piździ w łeb ;P
Zostanę strażniczką niemowlęcych czapek - zakładajcie je dzieciakom, nawet w domu. Wieje, zwyczajnie ;)
I jeszcze jedna prawda: czapki są niewidki, chustki są oczokolki.
Zatem siedząc w samochodzie zdjęłam wszystko... Aż dziwne, że nikt się z zagapienia nie rozbił ;)

A w ogóle to kończą się mi chrupki :(

piątek, 20 marca 2015

Chemiossanie, odcinek pierwszy sezonu drugiego.

Stawiłam się wczoraj na premierze nowochemii.
Tłok, dwie drzemki, wizyta, brak wolnych łóżek.
Standard.


Pierwszy woreczek, mający se ciec dwadzieścia dwie godziny, przy godzinie osiemnastej swojego cieknięcia, zepsuł mi żyłkę. Spuchła jak szalona.
Na kontynację worka pierwszego, oraz worek kolejny, dostałam... Szósty palec, ino, że z wentylem :D


Na sali leżę znów z tą mega gadułą. I z taką fajną panią.
Rak żołądka. Po resekcji. Jak Chustka. Która regularnie dodaje mi sił w walce :)))

Wychodzem jutro. Podobno.
Podobno też zaćmienie było.
I podobno spałam 16h. Nie czuję. Idę spać dalej ;P

środa, 18 marca 2015

Łeeee-kstaza!

"Po co brać życie zbyt serio? Przecież i tak nie wyjdziemy z niego żywi."
"Czemu żywi się martwią, skoro martwi się nie żywią?"
A o zombie i wampirach to nikt nie słyszał? ;P

W ramach odmòżdżania dalej remontuję przedpokój (już widać koniec!).
W ramach odpoczynku od remontu tworzę panoramę widoku z kanapy.
Ogólnie wszędzie rządzi syf, kiła i mogiła, ale domek. To nasz domek. I dobrze mi w nim :)
A w ogóle to morale rosną. Tak chyba działa zapach kiełkującej rzeżuchy ;)))


Dobrze mi :)

wtorek, 17 marca 2015

Idzie wiosna! A ja wyciągam czapki.

Nastąpiła jedna z najbardziej rakowych sytuacji.
Siedzim sobie z Jeszcze Kawalerem, patrzy na mnie tym swoim cieplutkim, miękkim spojrzeniem. We włosy wplótł mi się kawałek farby, która wybitnie nie chciała przyklejać się do sufitu w przedpokoju. Wyciąga go delikatnie i... zamiera. Razem z farbą odeszła kępka włosów. Sprawdzam stan włosisków standardowym gestem - kciuk plus wskazujący ciagnie za grzywę. I wypada wszystko. Bez najmniejszego oporu.
W minutę zlew był pełen moich kłaczków. Władowałam się do wanny, mój Luby opitolił mnie na 2mm.
Nie wystarczyło. Wczoraj, między klejeniem a ciachaniem tapety, zamiatałam z podłóg malutkie sierściuchy. I swędziało i gryzło i drapało. Aż nie wytrzymałam i wlazłam do wanny. Maszynka w ruch i tak oto jestem.
Łysiutka, golutka, bladolica gładkogłówka :)

Ulżyło mi. W końcu nastąpiło to, czego podświadomie się bałam. No bo nie ma co ukrywać, że jestem czuprynolubna bardzo, a świadomość nieposiadania niczego do czesania nieco mnie przerastała.
Ale nie taki diabeł straszny. Tylko zimno troszkę. Troszkę bardzo ;)


Życie z alieniem to strasznie stresujące doświadczenie. Myślę nad jakimiś środkami uspokajającymi, bo ustawicznie od kilku dni nie potrafię spać.
Boję się. Świadomość przemijania mnie dobija.
Nie ma już Hani, nie ma Madzi, nie ma Chustki (którą czytywałam jeszcze w czasach, gdy sama byłam od raczyska wolna).
I się boję. Że odejdą wszyscy. NibyMąż, Mamuśkowata, Tatuśkowaty, dziewczyny z grupy wsparcia.
W ramach walki z odchodzeniem robię się diabli zazdrosna.
Jeszcze Kawaler nie ma prawa mieć koleżanek. Toleruję jego byłe (jedna nas zeswatała, inna dała rewelacyjny rabat na tapety - jak ich nie lubić?), ale koleżanek, tym bardziej nowych, nie ma prawa mieć. Bo się miotam w swojej absurdalnej zazdrości.
Gdy byłam w pełni mną, pewną siebie, zadbaną, silną, samowystarczalną, nie miałam nic przeciwko jego znajomościom. Ale teraz, gdy wyglądam jak jakiś pieprzony obcy i nabieram kompleksów na punkcie kształtu mojej głowy (jajo idealne!) - nie. Moja łysinka domaga się wyłączności, moje uszy wszystkich jego słów, a moje usta stałej, niepodzielnej dostępności jego uszu.
Robi się paranoicznie, bo jestem zazdrosna nawet o koleżanki Mamuśkowatej. Bo jakże ona śmie mieć kogoś na boku, z kim gada i pija kawkę? A jak już ma zajęty telefon to... domyślcie się sami.
Wiem, absurd.
Ale dzika pasja mnie rozdziera.
Czas zainwestować w coś uspokajającego.

A teraz robię nagły znik, bo ściany w przedpokoju same się nie wytapecą. A już połowa za mną. Muszę zdążyć przed czwartkową chemią!
Chemia.
Kolejny czynnik stachogenny.
Chciałabym troszkę spokoju...

niedziela, 15 marca 2015

Noc jak każda. Ciemna.


Koty ewidentnie sądzą, że zady pachną. Gacek podsuwa mi swój odwłok pod nos, a Ciemka zasypia w okolicy trzydrzwiowej szafy (mój prywatny, osobisty tluszczyk amortyzujacy upadki). I sobie leżymy stadnie, delektując się tym, że jestem, do tego wciąż oddycham, a i serce moje dalej pompuje krew do mózgu, który coraz bardziej upodabnia się strukturalnie do zawartości główek lalek Barbie. Pustka. Tylko pajączka brakuje.
Żyję. I jestem świadkiem kolejnych odejść. Tym razem trafiło na Ksenę. Tą Wojowniczka, z bloga.
Ja jestem. Jej już nie ma.
Kolejne dni mijają. Obserwuję je zza grubej, brudnej szyby. W rękach tańcuje szydełko i nitka z koralikami. Albo wyżywam się na tapercie w przedpokoju, odzierając ją z resztek niezmywalności. Knowam nad teoriami spiskowymi, snuję dalszy wątek domniemania zdrady, śmieję się nie swoim głosem i uśmiecham nie swoimi oczami. Dni mijają, a we mnie coraz mniej mnie.
I spać nie mogę. Spać się boję.
W najlepszym przypadku się nie obudzę.
W gorszym obudzę się z koszmaru, ktòry będzie mnie dręczył na jawie przez kilka kolejnych dni.
W najgorszym? W śnie będę zdrowa. A obudzę się z rakiem.
To nie depresja. To rzeczywistość.

środa, 11 marca 2015

Jest, kurwa, źle. Czyli 4:0 dla aliena.

Odebrałam wyniki ostatniego rezonansu. I ostatniej tomografii.
Dorobiłam się kolejnych trzech guzów na kościach. Do trzonów kręgów L5 i Th9 dołączyły: trzon kręgu L3, kość krzyżowa i mostek (wtf?!). A do ekipy na wątrobie dołączyła cała drużyna, i z trzynastu parszywców zrobiła się... "ilość niepoliczalna".

Chemii nie dostałam, bo nie ma sensu jej dawać, skoro nie działa. Kolejna wizyta 19 marca. I nowa chemia.
Lekarka aż nie dowierzała, że wizualnie i morfologicznie mój stan tak bardzo się poprawił, a tak na prawdę alien urządza sobie wycieczki krajoznawcze coraz dalej. Wrrr.
Nie byłabym sobą, gdybym nie rozpisała wszystkich plusów i minusów sytuacji.


- nowe przerzuty
+ morfologia i próby wątrobowe - perfekcyjne!
+ węzły chłonne dalej maleją :)
+ koniec z cotygodniowymi chemiami! (nowa ma być co dwa lub cztery tygodnie)
- za każdym razem będą mnie zostawiać w szpitalu na co najmniej trzy dni
+ koniec ze sterydami!
- nowa chemia jest bardziej drastyczna dla przewodu pokarmowego
+ koniec sterydów i drastyczność = schudnę ;) (wiem, wymyślam na siłę)
- włoski wypadną już na 100%... a takie ładne już są...
+ dostanę kwitek na perukę! (kolejny argument na siłę...)

Nosz kuźwa, źle jest. Mamuśkowata załamana. Tatuśkowaty załamany.
A ja pełna ironii, sarkazmu, wścieklizny stosowanej i mega wkurwa.
Bo ostatnie trzy-cztery chemie były na darmo. Na darmo zwijałam się z bólu, rzygałam, srałam, łaziłam po suficie i obijałam się o ściany. Tyle cierpienia na kompletne, kuźwa, nic.

Nie piszcie mi oby czasem, że mam walczyć, że mam się nie poddawać, że muszę być silna.
Wiem o tym.
Będę.
Zwyczajnie musiałam wylać trochę żółci (z przeklętych, zaraczonych dróg żółciowych, kurwa).

poniedziałek, 9 marca 2015

Sterydy to zło!

Cieszyłam się jak dzidzi z różowego misia moim nagłym i niespodziewanym, aczkolwiek wysoce pożądanym, spadkiem wagi. Kilka dni na sterydach i jestem w punkcie wyjścia. Wchłaniam wszystko, co jadalne, jak kot Whiskasa (saszetkowego, uwielbiają go, skurczybyki), a dupka rośnie, oj, rośnie. Nosa przyklejam do szyby powtarzając swoją mantrę - byle do środy, w środę będzie już po wszystkim. I będzie basen, i będzie aerobik (wtorki i czwartki w MOKu, yeah), i będzie dieta, i będę stara, dobra ja. Lekko tłustawa, nieco nadprogramowa, ale śmigająca radośnie w spodniach rozmiaru 44 tudzież 46. I skończy się to dziwne uczucie niewygodności. Bo dodatkowe 25kg jest bardzo niewygodne, wierzcie mi. Jakbym ciągle latała w kurtce puchowej. Bleah!


Wczoraj odbyło się kobiece święto. Jeszcze Kawaler sporządził śniadanie (naleśniki z bananami, Nutellą i bitą śmietaną) oraz zadbał o obiadek (placki po węgiersku), a nawet wyprowadził mnie na spacer (co z tego, że samochodem?). I sobie siedziałam, i sobie pachniałam (nowymi perfumami od Tatuśkowatego, ha!) i dobrze mi było niesamowicie. Dzień Kobiet powinien być co najmniej raz w tygodniu.

W kuchni znowu generuje się nowa cywilizacja. Chyba odkryli kanalizacje, bo śmierdzi tam kanałami. Albo rozlałam mleko, albo moja zupa (sprzed pięciu dni?) udała się na wycieczkę po kuchni. Musiała przy tym sforsować pokrywkę garnka, ale czymże jest pokrywka dla młodej i ambitnej (po mamusi, czyli mnie ;)) zupki?

W głowie powstaje myśl. A nawet MYŚL. Tworzę tygodniowy plan zarządzania wszechświatem. No dobra - domem. Nawet jak się będę go trzymać trzy dni to i tak będę do przodu o dwa mycia naczyń, pranie i ścieranie kurzy. Może nawet kwiatki doczekają się podlania. Jestem stanowczo zbyt niezorganizowana.
I lubię kanapki z serem.
Nawet na diecie.
Ba!
Szczególnie na diecie!
(i wcale nie podżeram bitej śmietany)

piątek, 6 marca 2015

Notka wymówkowa (nie będę sprzątać, nie będę sprzątać, nie będę sprzątać!)

Odkryłam brutalną prawdę, przyczynę mojej kurodomowej nieudolności.
Ja po prostu nie lubię rytuałów.
Mam swój, jeden jedyny. Kawa z rana. A reszta to dzieło przypadku.


Dbanie o dom to pasmo czynności powtarzalnych.
Mycie naczyń, pranie, odkurzanie, gotowanie, wszelakie sprzątanie.
Zrobisz raz. I maksymalnie za dwa dni czynność musisz powtórzyć.
NIENAWIDZĘ ROBIĆ DWA RAZY TO SAMO!

No dobra, wyszywam. Obrazki składają się z tysięcy krzyżyków.
Robię w kółko krzyżyki (hehe). Ale stoją w różnych konstelacjach.
Cierpliwość do nich mam anielską... jednak tylko do momentu, gdy się nie pomylę i nie muszę czegoś wypruwać. Kilka osób widziało robótkę lecącą przez pół pokoju, poganianą cudownie niezrównoważoną wiązanką pięknej polszczyzny zaprawionej laciną.
Większość schowanych, nieskończonych wyszywanek to te, gdzie musiałam coś spruć.
Ale jak już skończę to... jest zrobione. I nikt nie da rady namówić mnie na wyszycie drugi raz tego samego obrazka. Nie da się.

Jak już coś napiszę to jest to napisane.
Nie muszę zaglądać do tekstu co drugi dzień, czy czasem nie zanika.
Jest, skończony, done, odznaczone na liście.

Znam kobiety, które przez lata malują się tak samo, noszą te same ubrania, mają jedną parę butów, posiadają jeden, ukochany odcień lakieru do paznokci i szminki...
Ja mam około czterdziestu lakierów (jeszcze z czasów singielki, hehe...), kilkanaście szminek, mnóstwo paletek cieni (taki zawód ;)) i nigdy nie umiałam się dwa razy tak samo pomalować. Lakiery były używane samodzielnie maksymalnie dwa razy, kupiłam coat matujący, żeby z posiadanych czterdziestu kolorów zrobić osiemdziesiąt... i miliony kombinacji barwnych.
Ubrań cała szafa, niewiele z nich było używanych dwa razy w tej samej konfiguracji.
Nawet moje włosy widziały już wszystko - czerń, fiolet, bordo, rudy, ognista czerwień, nawet ciemny blond i żywa platyna. Nie potrafiłam wytrwać z jednym kolorem dłużej niż pół roku...
Nieźle idzie mi dłubanie na drutach. Ale po dziesięciu rządkach mam dość, bo ileż można robić w kółko to samo, tym samym kolorem i w takiej samej kolejności? Z tego samego powodu szydełko też nie jest dla mnie ;)
Nigdy nie umiałam wytrwać na diecie, bo wymaga rytuałów. Ćwiczenia nudzą mi się po trzech seriach.
Ba! Ja nawet używam kilku żeli pod prysznic naprzemiennie, bo jeden jest nudny. Tak samo z szamponami.
Muszę tłumaczyć, jak wygląda sprawa z perfumami? ;) Mam jedne, ukochane. Ale używam ich rzadko... bo nie chcę, aby się znudziły.

Rytm i powtarzalność doprowadza mnie do szału.
Jestem twórcą, artystyczną duszą. Łatwiej namówić mnie na remont niż do powieszenia prania.
A dzisiaj czeka mnie bardzo odtwórczy dzień.
I chuj mnie strzela.
Ja chcę na Karaiby!

środa, 4 marca 2015

Bezchemiczność medyczna kontra alchemia kosmetyczna

No to nastała kolejna przerwa w mojej chemioterapii. Ale pierwszy raz nie nasączali mnie medykamentami z powodu innego, niż infekcja tudzież przeziębienie. Okazało się, że białych krwinek mam tak malutko i są takie maciupenieczkie, że cudem jest fakt, że a) aktualnie niemal nie kicham, b) oskrzela mam krystalicznie czyste, c) nie zabiła mnie jeszcze gorączka. I znowuż wysmarowano mi receptę na pincet cudów medycyny, o dziwo, większość z nich to witaminy. A sądziłam, że o siebie bardzo dbam. Kuźwa jego mać!
Miała to być ostatnia, OSTATNIA chemia! Zła jestem okropniasto.
Ale pani doktor (znowuż nie moja, ale o tym zaraz) uspokoiła mnie, że po piętnastu wlewach mam prawo odmówić posłuszeństwa.
Wyniki wynikami, a ja czuję się świetnie. No dobra. Troszkę bardziej chce mi się zwracać śniadania (chociaż od chemii już tydzień, więc to raczej nie od niej), nic mi się nie chce bardziej niż zwykle i ogólnie jestem dość rozchwiana emocjonalnie. Ale to podobno norma.


Dodatkowo kolejna MOJA doktorka zawinęła ogonem i zwiała ze szpitala. Już kolejny raz. Niemal błagałam dzisiaj lekarkę, aby przygarnęła mnie na stałe. I się uśmiałam, gdy usłyszałam "Chciałabym bardzo" ;) Niestety moja ulubiona jest tylko czasami, gdy inni lekarze się buntują. Normalnie na terenie szpitala nie występuje. Szkoda. Lubię ją bardzo. I jest tylko dwa lata ode mnie starsza :D

W związku z pilną potrzebą poprawienia sobie humoru wstąpiłam do drogerii po farbę do włosów. Wybrałam cudny odcień głębokiego granatu.
udało mi się zafarbować:
- ramiona
- uszy
- kark
- lewe udo
- ręcznik
- szlafrok
- panele w dużym pokoju
- zasłonę prysznicową
- kafelki nad wanną
- paznokcie
- skarpetki.

Ale to jest norma przy moim procesie farbowania. Dzisiejszym ewenementem są zafarbowane:
- kawałek kota
- dywan w przedpokoju
- lodówka
- kaloryfer w kuchni
- firanki w kuchni
- okno w sypialni
- firanki w sypialni
- firanka na okienku drzwi łazienkowych
- kaloryfer w łazience
- bateria w zlewie
- suszarka na pranie
- lusterko w szafie
- kubek z herbatą.

Czas działania farby, jakieś 35 minut, spędziłam latając po mieszkaniu z Cifem i szorując ślady wszechobecnego fioletu.


Efekt farbowania?
Niemal brak. Lekka poświata śliwkowa. Bardzo lekka.
Czarne włosy to zło.
Oddajcie mi moje kasztanowe włosiskaaa!!!

Dodatkowo, jak już zmyłam farbę, postanowiłam zadbać o resztę ciała. Wykorzystałam:
- krem na suche policzki
- krem matujący na nos
- krem nawilżający na dekolt
- krem podnoszący biust na piegi... ftu, piersi
- balsam na blizny na brzuch
- balsam ujędrniający na pośladki
- krem antycelulitowy na uda
- balsam nawilżający na ramiona i ręce
- masło do ciała na kolana i łokcie
- krem po goleniu na łydki
- krem do stópek na stópki.

Dumna z siebie rozsiadłam się na kanapie, czując wchłanianie się kremów, balsamów i innej alchemii.
Wtem przybyły koty.
Kilka chwil miziania, dwa futrzaste cielska mnie wytuliły.
Idzie wiosna, linieją.
Cała oblazłam sierścią. Jedyne co mogłam zrobić to znowu iść pod prysznic.
Nie chce mi się nawet patrzeć na te wszystkie kremy.
To już chyba wolę gotować...

poniedziałek, 2 marca 2015

Domniemanie zdrady

Nabrałam sił witalnych i nawiedziła mnie masa pozytywnej energii... A wszystko przez jedno przesprytne urządzenie ze szklanym oczkiem, które dzisiaj rano oznajmiło mi, iż schudłam 2,5 (słownie: dwa i pół!) kilograma w tydzień!
I mogę sobie powtarzać, żem głęboka, uduchowiona i pozbawiona więzów powierzchowności. A guzik tam! Cieszę się jak dzidzi z różowego misia, że pozbyłam się dziesięciu procent tego, co mi przybyło podczas chemioterapii.


Zapewne jest to jakieś złudzenie optyczne związane z fazami księżyca, nawodnieniem i zapełnieniem jelit, ale i tak radocha mnie ogarnęła kosmiczna.
Tak, wiem: mam o siebie dbać. I dbam! Jem dużo nabiału, przemycam warzywa nawet do sosów, wcinam zupki i... słodycze. Ale sporo mniej, niż wcześniej ;)
Nabieram doświadczenia w poskramianiu GŁODU sterydowego. Umiem już oszukać żołądek w środku nocy, gdy budzi mnie burczeniem i nachalnym JEEEEŚĆ. Maślanka rządzi ;)
Zdradzam teorię, że ważna jest tylko dusza. Ważne jest to, co jest dla nas ważne.
A w ogóle to już czasami widzę końcówkę mojej grzywki! Tylko kto mi wyjaśni, dlaczego jest ona czarna jak smoła, a odrostów ani widu ani słychu? Toż to ze mnie się Królewna Śnieżka białolico-czarnoduszna zrobi! A zaczynałam nawet lubić swoje piegi. Te na twarzy, nie pod szyją ;)

Jakiś czas temu otrzymaliśmy paczkę z żarełkiem i chemią (zbiórka zorganizowana przez przekochaną panią Emilię, co mnie czasem zaszczyci komentarzem :)). I mogę sobie powtarzać, że polskie jest najlepsze, bo jest polskie. A (kolejny!) guzik tam! Zębowa pasta angielska jest o niebo lepsza od (identycznej!) polskiej, mydło mnie nie uczula, a odtłuszczacz zżera tłuszcz (szkoda, że nie z brzucha...), a nie rękawice. Jestem w szoku kompletnym, bo zawsze sądziłam, że to całe gadanie o jakości zagranicznej chemii to jakieś bujdy. Ale serio widać różnicę. Gołym okiem. Fugi na podłodze okazały się być białe o.O
Zdradzam polskość!

Od dłuższego czasu NibyMąż budzi mnie w środku nocy z hasłami typu "Odwróć się na bok", "Chrapiesz!", "Ejjj, przestań!". Muszę się przyznać, że w myślach posądzałam go o zemstę za notkę o jego chrapaniu. Bo czasami nawet wydawało mi się, że nie śpię, a tu mnie jakaś wielka łapa za nosa łapie ;) Ale dzisiaj rozwiały się moje złudzenia. Obudziło mnie... moje własne chrapnięcie.
Szok.
Na szczęście... chłop mnie nie zdradza :)))